Lwów

Wycieczka do Lwowa

Od dawna planowaliśmy z Marcinem wybrać się do Lwowa, aby zobaczyć to miasto. W końcu powiedziałem, że jeśli mamy jechać to jedźmy. Przecież bliżej mamy do Lwowa niż do Krakowa.
O Lwowie wiedziałem tyle co z Internetu i opowiadań kolegów. Dostałem cenne wskazówki co warto zobaczyć, gdzie pójść i namiary na nocleg.
Naszą wycieczkę opisze z perspektywy kogoś, kto nigdy nie przekroczył granicy Schengen. Wiedziałem też, że jak ktoś udaje się gdzieś po raz pierwszy to musi zapłacić “frycowe”. Miał być to też pewnego rodzaju rekonesans, aby następnym razem jechać już z całą rodziną. Ostatecznie pojechaliśmy we troje – Ja Marcin i Ela. Nati została, bo czekała na swojego Wiktorka, z którym w poniedziałek miała jechać na zgrupowanie kadry kyokushin karate do Czarnego Dunajca.

Zdecydowaliśmy się na podróż samochodem i to był właściwy wybór pomimo korków na granicy. Plan był prosty. Jedziemy w piątek, by od rana zacząć zwiedzanie i wracamy w niedzielę po południu.

Piątek i granica w Medyce.
Czas oczekiwania na granicy około godziny. O ile po stronie polskiej było sprawnie i bezproblemowo, to już przy wjeździe na Ukrainę nie bardzo wiedziałem jak się zachować. Przy wjeździe dostaliśmy karteczkę ,na której był napisany nr rejestracyjny samochodu i ilość w nim osób. Następnie zabrano nam paszporty i dowód rejestracyjny przy jednej budce i po kilkunastu minutach oddano. Myślałem, że to analogicznie jak po naszej stronie więc szczęśliwy, że sprawnie poszło, podjechałem do bramy, gdzie ukraiński strażnik zbierał karteczki. Niestety cofnął nas z informacją, że brakuje nam pieczątki. okazało się, że nie zaliczyłem kontroli celnej. Tam sprawdzono nam pobieżnie bagaże, wprowadzono dane z paszportów do komputera i wbito kolejną pieczątkę. Cóż.. 10 minut w plecy, ale już się czegoś więcej dowiedziałem.
200 metrów od granicy zakupiłem trochę hrywien i kartę sim do telefonu za 75 hr, aby mieć dostęp do internetu, bo połączenia z naszych numerów są kosmiczne. LTE działa dobrze, ale żeby udostępnić net komuś innemu trzeba było doładować za 50 hrywien.
Droga do Lwowa była bardzo dobra, więc w dobrych nastrojach zbliżamy się do celu. Marcin pomagał w nawigacji, a ja już widziałem sieć trakcyjną trolejbusów. Mam lekki uraz do tramwajów, więc ucieszyłem się, że to tylko trolejbusy i nie ma żadnego torowiska. Droga do naszej kwatery prowadziła przez centrum miasta.

Jazda po Lwowie.
Hardcore. Nie obowiązują tu chyba żadne przepisy. Dwa pasy ruchu, torowisko i wszystko kostka brukowa. Światła umieszczone wysoko, można czasem przeoczyć. Jechałem bus-pasem, aby trzymać się najdalej od torowiska, bo miałem wrażenie, że tramwaje na mnie polują. Ciężko tu jednak mówić o jakichkolwiek pasach, bo nie ma w ogóle oznaczeń. Nie uważam się za złego kierowcę, w swoim życiu już trochę wyjeździłem kilometrów, ale to co się tam działo to Sajgon. Poza tym mam kiepskie zawieszenie w Peugeocie i trzęsło nami jak diabłem po święconej wodzie. Głowa obracała mi się w koło i musiałem być bardzo skoncentrowany. Co chwila redukcja biegów i jazda na pół sprzęgle. Chyba trochę go przypaliłem, bo było już czuć. Udało się dojechać na miejsce przy starej kamienicy.

Zakwaterowanie.
Kwaterę mieliśmy u Ukrainki. Był to spory, wysoki pokój z wystrojem przypominającym czasy wczesnego Gierka. Całe mieszkanie miało 130 m2, a kamienica z 1890 roku. Do naszej dyspozycji był pokój, kuchnia i łazienka no i WiFi. Wszystko było ok, zależało nam tylko na noclegu. Ukrainka doskonale mówiła po polsku i była bardzo miła. Widziałem, że chciała porozmawiać o Polsce i popolitykować, ale spieszyło nam się na Rynek, bo godzina była 20. Pani Luba, bo tak miała na imię, podjechała z nami na parking strzeżony, gdzie zostawiliśmy auto. Za 3 dni zapłaciliśmy 75 hrywien tj. około 12 zł. (Tak przy okazji w poniedziałek byliśmy w Zakopanem, gdzie za 2 godziny parkowania zapłaciliśmy 10 zł.)

Rynek.
Do rynku mieliśmy zaledwie 800 m, więc spacerkiem pokonaliśmy taką odległość.
Piękne miejsce. Widziałem błysk w oku Marcina. Wszystko było jak z bajki. Obeszliśmy ratusz dokoła i zatrzymaliśmy się w jednej knajpce gdzie wypiliśmy smaczne zimnie piwko. Bardzo dużo turystów, wszyscy uśmiechnięci w nastroju do zabawy. Koncerty, uliczni grajkowie i mnóstwo ludzi w ukraińskich koszulach z charakterystycznym prostokątnym haftem z przodu. Piękne choć specyficzne miejsce. Na jednym rogu cerkiew, w drugim burdel, w trzecim restauracja a na czwartym… Bank.

W sobotę miał być Dzień niepodległości Ukrainy i zapowiadała się niezła impreza.
Szybka kolacja w “Lviv Croissants” i powoli spacerkiem do domu.
Wszystko było dla mnie nowe, zaskakujące a najbardziej łazienka i ubikacja. Nie zdawałem sobie sprawy jak przy tak dużym mieszkaniu łazienka mogła być taka mała.

Sobota
Noc była bardzo ciepła i spaliśmy przy otwartym oknie, całą noc było słychać szum samochodów, ale szybko się do tego przyzwyczailiśmy.
Rano o siódmej szybki prysznic i poszliśmy spacerkiem na śniadanko. Przeszliśmy przez rynek, potem obok pomniku Adama Mickiewicza gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Śniadanie zjedliśmy sobie przy pasażu o nazwie Kryva Lypa. Rzeczywiście wkoło restauracje, a na środku krzywa lipa. :) Muszę przyznać, że jedzenie we Lwowie mają naprawdę dobre, a kawa jest wyśmienita.


Spacerkiem z powrotem na rynek i.. brak pomysłu. Zajrzałem do ściągi co warto najpierw zobaczyć i było tego naprawdę dużo jak na jeden dzień. Z opresji wybawił nas naganiacz, który zaproponował nam 3 godzinną wycieczkę autobusem z przewodnikiem po Polsku. W planie Cmentarz Łyczakowski, Zamkowe Wzgórze i Sobór. Za trzy osoby zapłaciliśmy 675 hrywien to jest około 106 zł. To była najlepsza decyzja na zwiedzanie. Bez przewodnika nie ma sensu.

Przewodnikiem była Ukrainka doskonale mówiąca po Polsku. Grupa była może 15 osobowa. Pani Irena przywitała się z każdym, przedstawiła i opowiadała o historii Lwowa. Podjechaliśmy na Cmentarz Łyczakowski, gdzie spędziliśmy większość czasu. Wiadomo, że na Cmentarzu Orląt Lwowskich najdłużej. Przewodniczka opowiadała cały czas i na temat. Odpowiadała na pytania nawet te trudne. Trudne, bo czasem ze wstydem, że pewne rzeczy są takie a nie inne. O lwach również. Przekazywała informację w sposób profesjonalny z szacunkiem do Polski i Polaków. Dlaczego o tym piszę?
Przy grobie Marii Konopnickiej, obok była inna wycieczka Polaków z polskim przewodnikiem. Miałem więc okazję słyszeć trochę z naszej i trochę z innej wycieczki. Obok przewodnik wykonywał takie szczucie na Ukraińców jak w TVP na Platformę. Wypowiedzi pełne pogardy i drwiny. Byłem tym bardzo zniesmaczony.

Z cmentarza udaliśmy się na Wzgórze Zamkowe. Marcin pokazał znowu swój charakter, bo bez odpoczynku chodził po stromych schodach na sam szczyt, gdzie był punkt widokowy. Pani przewodniczka z uznaniem i zdumieniem patrzyła jak sobie radzi i powiedziała, że jest niesamowity.

Następnie pojechaliśmy do trzeciego punktu wycieczki a był nim Archikatedralny sobór św. Jura. Zwiedziliśmy cerkiew zbudowaną w latach 1744-1772.

Po tak intensywnej wycieczce wróciliśmy na rynek i postanowiliśmy zjeść jakiś obiad. Wybór padł na Białego Lwa. Zamówiłem sobie Barszcz Ukraiński, Ela jakiegoś kurczaka, a Marcin pierogi. Pierogami najedliśmy się wszyscy :)
Po obiedzie ruszyliśmy w kierunku Opery. Niestety była zamknięta dla zwiedzających, a miejsca na niedzielę zajęte. Ale wiemy już, że bilety najlepiej wcześniej zamówić przez Internet i tak też zrobimy.
Krótki spacer uliczkami po Lwowie i na rynku lody, kawa, piwo.
Czuliśmy pewien niedosyt, więc postanowiliśmy przejechać się specjalnym pociągiem z wagonikami po Lwowie. Otrzymaliśmy słuchawki, wybraliśmy ojczysty język i w drogę. Za godzinną wycieczkę zapłaciliśmy 240 hrywien tj 37 zł za dwie osoby. Marcin miał za free.

Czuć było zmęczenie, więc postanowiliśmy traktować już wycieczkę typowo rozrywkowo, zwłaszcza że rozpoczynał się już jakiś koncert na rynku z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy. Kupiłem chałwę dla Nati. Z estrady zabrzmiał hymn Ukrainy. Wszyscy stanęli w skupieniu. My również, z szacunku dla ludzi którzy nas otaczali. Potem występy różnych zespołów z Ukrainy i innych państw. Doskonała zabawa. Zwróciłem uwagę Eli i Marcinowi, w jak wspaniały sposób Ukraińcy świętują niepodległość. Szacunek, zabawa, radość. U nas marsze, okrzyki, faszystowskie i rasistowskie hasła.
Będąc na rynku do północy, gdzie już ludzie byli pod wpływem alkoholu nie widziałem ze strony Ukraińców żadnej agresji, a okrzyk “Chwała Ukrainie!” może od jednego Ukraińca w barze, ale nie miał wielu naśladowców.
Jednemu tylko Polakowi nie spodobało się gdy blondynka szła z czarnym facetem i coś skomentował.

Podpitych polaków było sporo, ale większość z uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. Z niektórymi sobie podowcipkowaliśmy i był pełen luz. Na tyle osób, praktycznie żadnego większego incydentu. Chcieliśmy pójść na słynne żeberka do “Rebelii”, ale kolejka była potężna i robiono zapisy. Ale gdy z Arsenału wchodzili Polacy i krzyczeli, że nie warto i że przereklamowane, to odpuściliśmy :) Foto z kolejki za grillowanymi żeberkami :)

Po północy dotarliśmy na kwaterę, aby rano zacząć spacer. Wstaliśmy około ósmej i zjedliśmy śniadanie w pobliskim barze. Generalnie im dalej od rynku tym ceny nawet o połowę niższe. Za to kawa dobra wszędzie :)


Spacerkiem doszliśmy na “Pchli targ”. Po drodze wypiliśmy smaczne napoje i rozdzieliliśmy się na chwilę. Marcin usiadł na ławce i dawał jakieś relacje Agnieszce do Anglii. Zerknąłem na niego, a on rozmawia z jakaś kobietą. Podszedłem, a tu pani Irena przewodniczka nasza z soboty poznała Marcina i zagadała do niego :)
Bardzo miła kobieta polecam ją jako przewodnika i podaję namiary.

Na pchlim targu kupiliśmy prezenty dla Nati i sobie ukraińskie koszule. Następnie zwiedziliśmy fabrykę czekolady. Trzy poziomy różnych wyrobów czekoladowych, a na górze kawiarnia. Zamówiliśmy czekoladę pitną, naprawdę smaczną.

Żal było wyjeżdżać, ale trzeba było podjąć taką decyzję, bo nie wiadomo ile jeszcze spędzimy czasu na granicy.
U pani Luby wypiliśmy kawę i trochę politykowaliśmy. Poczęstowała nas plackiem, który upiekła z okazji dnia niepodległości i arbuzem.
Skosztowaliśmy też śmietany, która była bardzo smaczna o konsystencji masła. Dawno nie widziałem takiej śmietany.
Miała też dla nas jeszcze jeden przysmak, który zaczęła dla nas kroić, ale serdecznie podziękowaliśmy. Mówiła, że tego u nas nie ma i przez granicę nie możemy przywozić. Była to słonina…
Opowiadała nam o politykach, sytuacji na Ukrainie, Doniecku i tym, że są wdzięczni Polakom za wsparcie i że jako pierwsi zaprotestowaliśmy przeciw aneksji Krymu. Mówiła też, że zdecydowana większość waśni jakie dzielą obecnie nasze narody, to sprawa Rosjan i szczucie. Powiedziała, że u nich wybory wygrywają głównie oszuści, bogacze i karierowicze, a zwykli ludzie mają całkiem inne spojrzenie na sytuacje.
Rozmawialiśmy o Banderze, UPA, Wołyniu. Sporo rzeczy się dowiedziałem, nie ze wszystkimi zgadzałem, ale rozstaliśmy się w miłej atmosferze. Mam namiary jakby ktoś szukał noclegu. Jasne, że można w hotelach, ale skoro taki człowiek jak pani Luba ma okazję sobie dorobić, to dlaczego jej tego nie umożliwić? Dla niej to prawie połowa miesięcznej wypłaty przyjąć 3 ludzi na weekend. Za 2 noce zapłaciliśmy 240 zł a załatwiałem kwaterę dzień przed wyjazdem.

Powrót.
Wyjazd z Lwowa był równie hardcorowy jak wjazd, ale czułem się pewniej. Po drodze postanowiłem zatankować Peugeota do pełna, korzystając z ceny paliwa. Podjechałem pod dystrybutor zatankować E95, ale pracownik stacji chyba żartem powiedział, żebym podjechał na inne stanowisko bo tu jest spiritus. :)
Gdy podjechałem na to co mi wskazał, stoję i patrzę na niego, on na mnie. Mówię – mogę nalać? A on żebym najpierw zapłacił :) To ja, że nie wiem ile, bo do pełna chcę. Włączył mikrofon i powiedział do kasy, że do pełna na trójkę.

Trzy kilometry przed granica minąłem sznur samochodów, po prawej osobowe, po lewej tiry. Na nieświadomce pojechałem dalej do granicy myśląc, że pewnie tam mają jakiś problem, że stoją. Na granicy zapytał pan o karteczkę od policji. Mówię, że nie mam skąd mam wziąć? A on, że dwa km w lesie stoi policja i mi da.
No to kolejne doświadczenie więcej. Ustawiłem się na końcu kolejki przede mną jakieś 20 aut. Pytam kierowcy za mną, czy tak tu zawsze taka kolejką a on się śmiał, że to nie jest kolejka, kolejka to tam za zakrętem czasami jest i trafiłem na naprawdę dobry czas.


Tam staliśmy około godziny. Po otrzymaniu karteczki pojechaliśmy do granicy. Tam pieczątka i dalej. Kontrola pobieżna bagażnika, zapytanie czy mam alkohol, papierosy? – mówię że nie. Kontrola paszportowa i 2 godziny czekania aż po polskiej stronie się wyrobią.
Po naszej stronie kontrola paszportowa i kazał jechać na pas do kontroli bagażu. Tam celnik pytał czy mam papierosy, mówię, że pół paczki jeszcze mi zostało :). Spytał o alkohol – mówię, że nie mam. No to może paliwo mam? No mam, zatankowałem zbiornik – A ile się mieści do zbiornika? Mówię nie wiem może 40 litrów ale mam paragon. Uśmiechnął się i kazał jechać dalej.
Najdłużej staliśmy na granicy oczekując aż się nasi wyrobią. w Sumie 3 godziny. Podobno niezły czas.

Podsumowanie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zobaczyłem nawet 10% tego co powinienem i co mogłem, ale jak pisałem był to rekonesans co, jak i gdzie.
Marcin zakochał się w tym mieście i był szczęśliwy jak ja. Naprawdę fajnie spędzony weekend i tylko żal, że nie było z nami Nati. Z pewnością pojedziemy teraz pełnym składem, a może nawet z Agnieszką i Oskarem.

Wrażenia.
Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony Ukrainą, Lwowem i Ukraińcami. Dwa dni to niewiele żeby wyrobić sobie zdanie, ale nie spotkałem się z żadnym przejawem uprzedzenia czy złego potraktowania, a było widać, że jesteśmy Polakami, bo Marcin miał koszulkę którą otrzymał w prezencie od Michała Patera Ja z Polszy! – Autostopem“.

Przez cały ten czas otaczali nas mili ludzie, którzy we wspaniały sposób demonstrowali swój patriotyzm i miłość do swojego kraju. Jasne, że gdzieś są i skrajni nacjonaliści, faszyści, ale zjebów nie brakuje w każdym kraju. Trzeba po prostu unikać i nie słuchać ludzi, którzy szczują jednych na drugich. Trzeba pojechać, zobaczyć na własne oczy, poczuć.

Ceny.
O tym, czy jest drogo czy tanio mógłbym napisać gdybym się stołował w restauracjach w Rzeszowie, Krakowie lub Warszawie. Niestety nie mam porównania. Myślę, że ceny są podobne jak u nas i nieco mniejsze na rynku. Natomiast poza rynkiem w sklepach spożywczych i barach poza centrum, jest zdecydowanie taniej.
Za piwo w restauracji na rynku płaciłem 45 hrywien to jest jakieś 7 złotych. Cennik fajnej restauracji “White Lion” jest taki:

Komunikacja
Uber i Bolt jest tani i rozwiązuje temat. Byłem na to przygotowany. Na szczęście Marcin doskonale sobie dawał radę pieszo i nie korzystaliśmy. Nie polecam jeździć po Lwowie swoim autem :)

Ludzie
Wspaniali, przyjaźni i mili. Ukrainki są bardzo ładne :)

Wrócimy tam niebawem.

Piotr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.