Triumf Trumpa

Mało czytam ostatnimi czasy, więc zasób słów mam ubogi, na co zwraca mi uwagę moja żona i moje dzieci, gdy co trzecie słowo to “łacina”. Kiedyś było inaczej. Książka towarzyszyła mi wszędzie. Czytałem przy jedzeniu, przed snem, “na posiedzeniu” i często nawet zamiast szkoły.
Została mi po ojcu dosyć pokaźna biblioteka. Sporo fantastyki, Lema, Peteckiego, Bułyczowa. Miałem całą kolekcję “Stało się jutro” i “Krok po kroku”, ale pożyczyłem koledze na wieczne oddanie.
Grzesiuka praktycznie znam na pamięć, a Dumasa i Viktoa Hugo łykałem jak młody pelikan. Gdy mi się jakaś książka spodobała, to wracałem do niej i zaczynałem od początku.
Z biegiem czasu czytałem tylko typowo techniczne, a obecnie jedna na pół roku. Dlatego cieszy mnie, gdy widzę Natalię z książkami i smuci, gdy ich nie ma przy Marcinie.

Gdy pojechaliśmy do Berlina na Mistrzostwa Europy w karate, ja padłem na wyro po kilkunastu godzinach za kółkiem, a kolega wyjął tablet i mówi, że idzie poczytać. Okazało się, że jest to czytnik e-book. Objaśnił mi jego działanie i zalety. Spodobało mi się.  Zainstalowałem sobie na razie aplikację na smartfona i przeczytałem już 3 e-booki. I wygodne to, i tanie, i dostęp lepszy. Tyle że czytnik jest zdrowszy, jeśli chodzi o oczy. Dostęp do bibliotek jest łatwiejszy.
Niedługo będę mógł powiedzieć jak kiedyś ś.p. premier Józef “Olin” Oleksy,  “Teraz ze mną na solo nie wygrasz. Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i kurwa będę jak brzytwa” :)

Ale nie o tym miał być ten wpis.

Dzisiaj odwiedził Polskę Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, pan Donald Trump. Partia PiS i jej zwolennicy dostawali przysłowiowego “wścieku dupy” z tej okazji, podniecając się wizytą człowieka, który nic jeszcze nie zrobił dobrego ani dla Polaków, ani dla świata. On tylko wygrał wybory i to dlatego, że nie miał żadnego poważnego kontrkandydata. Polacy witali go niczym zbawiciela. Nie mogłem uwierzyć, że w tych czasach może być jeszcze taki kult jednostki. Państwowa propaganda tak nasrała w mózgach, wydawałoby się normalnych ludzi, że do tej pory jestem w lekkim szoku.
Jeszcze jak się dowiedziałem, że poseł Jerzy Paul zachęcał i organizował pielgrzymkę na spotkanie z prezydentem Dudą i Trumpem, to nie mogłem uwierzyć własnym uszom. No normalnie niczym na spotkanie z papieżem.
Czym i kim wy się ludzie tak jaracie?

To był zwykły teatr polityczny mamiony sojuszem, w którym Polacy wchodzą w dupę amerykanom. Czy nie mamy już żadnej godności?
Już nie będę wnikał, że obiecał nam droższy gaz, ale jakim trzeba być idiotą, żeby mieć konflikt z sąsiadami po obu stronach a układać się z odległym krajem, który nas wykorzystuje i politycznie i gospodarczo i walczy z UE?

I jeszcze jedno.
Mógłbym podejść do człowieka, którego nie lubię, który wyrządził mi pośrednio, lub bezpośrednio krzywdę. Do posła, radnego, prezesa jakiegoś stowarzyszenia czy związku. Mógłbym zbluzgać go publicznie na ulicy, napluć mu w twarz, poniżyć i wygwizdać, w skrajnych przypadkach dać mu w mordę. Żadna sztuka, żaden problem i akt odwagi, ot zamanifestowanie publicznie swojej pogardy.

Ale nie robię tego, bo jestem człowiekiem. Człowiekiem, który tym różni się od zwierzęcia, że panuje nad swoimi odruchami i wyznaje jakieś zasady. Zasady, które wynosi się  z domu i które wpajają rodzice, dziadkowie, a które teraz przekazujemy swoim dzieciom.

Dlatego uważam, że wszyscy ci, którzy wygwizdali i wybuczali Lecha Wałęsę, gdy wspomniał o nim Donald Trump, to bydło. Mam tylko nadzieję, że Sarzyniacy, którzy tam byli, pomimo swojego uwielbienia do PiSu, nie robili tego i zachowali się jak ludzie.