Nowa Sarzyna

Kolejne szczyty zdobyte!

Pamiętam dobrze, jak Natalia trenowała, jej pierwsze sukcesy na lokalnych turniejach. Mnóstwo wyrzeczeń, samodyscypliny i odwagi. Stawała na podium w wielu krajach, później, Puchar Polski, Mistrzostwo Polski, Mistrzostwo Europy. Każda walka i przeciwnik był jej kolejną górą, kolejnym szczytem do zdobycia.

Pierwszym sukcesem Marcina było wejście na Smerek. W błocie, po śliskich kamieniach – zdobył szczyt, o którym marzył przez kilka miesięcy. Krok po kroku, z asekuracją, z przewrotkami, słysząc wciąż wsparcie obcych ludzi na szlaku, wszedł na niełatwą jak dla niego górę.

Kolejny rok, kolejny szczyt. Najwyższy szczyt Bieszczad w Polsce – Tarnica. Do tej góry już przygotowywał się kondycyjnie od kilkunastu tygodni. Długie spacery, bieżnia, rower. Pomimo trudności w chodzeniu, kondycyjnie był lepiej przygotowany niż ja. Tarnica wbrew pozorom była łatwiejsza dla niego niż Smerek. Obiecaliśmy sobie, że następną górą, latem 2020, będzie Mała i Wielka Rawka. Kochamy Bieszczady, ich klimat i wspólne wędrówki. Wiadomo, że najlepiej chodzi się po górach z przyjaciółmi, a Grzesiek i Kuba to sprawdzona ekipa. Umówiliśmy się wtedy, że na wakacjach pojedziemy znowu razem w góry.

Wakacje minęły dosyć szybko, a został nam jeszcze temat gór. Ostatnim możliwym terminem był weekend 18-20 września. Jeszcze ciepłe dni, ale chłodniejsze noce. Grześ zaproponował spanie w jakiejś kwaterze, bo pod namiotem to już chłodno. Przystaliśmy na ten pomysł, bo przecież najważniejsze są góry, a nie spanie.

W góry wybieraliśmy się we czterech – Grzesiek, Adam, Marcin i ja. Kuba zrezygnował tym razem, a szkoda. Adasiowi coś wypadło, powiedział, że dołączy w sobotę, więc ostatecznie pojechaliśmy tylko z Grzesiem.

Wyjazd około 13:30 w piątek. Byłem w kiepskim humorze, bo bez przygotowania fizycznego i psychicznego. Dużo spraw do załatwienia pod koniec tygodnia i chciało się jak najszybciej uciec z Nowej Sarzyny. Mówię do Grześka, że już bym się piwa napił i odpoczął, a on, że może prowadzić samochód. Nie chciałem, bo nie lubię pić sam, jak ten żul w krzakach. I mówię, że może za Przemyślem się zmienimy, ale pił nie będę.

Im bliżej do Bieszczad, tym nastroje lepsze. Im nastroje lepsze, tym pomysłów więcej. Nagle do głowy wpadł ten genialny.

– Grzesiu, ale my głupio myślimy… Przecież możemy sobie kupić piwko i pić całą drogę!

– Ale jak? – zapytał

– No przecież Marcin ma prawo jazdy, jeździ bardzo dobrze i jest napalony na kierowanie, jak zboczony ksiądz na ministranta.

– I ty dopiero teraz o tym mówisz? Skręcaj do sklepu!

I tak wszyscy byli zadowoleni. My z zimnym browarem w ręce, a Marcin wreszcie w swoim żywiole, pokonując górskie zakręty.

W Ustrzykach Dolnych kupiliśmy zaopatrzenie na kolację i na jakiegoś grilla, problem tylko z węglem drzewnym, bo już po sezonie. Nocleg w Ustrzykach Górnych – im bliżej, tym znowu nerwy, czy zabrałem wszystko to, co miałem zabrać. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów, niestety nie było węgla drzewnego.

Po przybyciu do “hotelu” załatwiliśmy formalności i znaleźliśmy pokoje noclegowe. Pokoje po dwa łóżka, pościel. W miarę czysto, chociaż widać, że przeznaczone głownie pod turystów, którzy chodzą po górach i innych wygód nie potrzebują. Ogólnie ani czajnika, ani grilla, ani kuchenki. Bida. Trochę byłem wkurzony, bo przecież mogłem zabrać wszystko. I kuchenkę, kubki, a nawet grilla.

Ale jesteśmy ekipą, która lubi wyzwania i prowizorki. Znaleźliśmy jakiś mały “grill”. Chłopaki załatwiali drewno, ja poszedłem po węgiel drzewny do sklepu. Gdy wróciłem, to było “rozpalone”. Kiełbasa, kaszanka, browar, skrzydełka na ostro (przygotowane przez teścia), muzyka z głośnika BT. Tylko chłodno już było, więc długo nie siedzieliśmy.

Rano przygotowałem kanapki na śniadanie i w góry, kawa w gospodzie i wyjazd na parking. Adaś miał do nas przyjechać późnym popołudniem.

Plan był taki: wyjście na Mała Rawkę, przejście na Wielką Rawkę i powrót tą samą drogą. Humory doskonałe – żartując, szliśmy pewnym krokiem do bacówki. Tam krótki odpoczynek i pod górę.

Schody, wszędzie schody. Bardzo strome podejścia, jak na Marcina, ale trzymał się dzielnie. Robiliśmy sporo przerw, ale wynikały też z tego, że trzeba było przepuścić co chwilę kogoś, aby nie blokować ruchu. Generalnie podejście wydawało się dłuższe i trudniejsze niż na Tarnicę.

Taktykę już mieliśmy sprawdzoną. Grześ pierwszy, wybierał łatwiejsze odcinki, za nim Marcin, za Marcinem ja, starając się go w jakiś sposób asekurować – w przypadku potknięcia lub wywrotki wiedział, że jestem za nim. Było naprawdę ciężko, jakaś kobieta, widząc Marcina, zaczęła mu bić brawo i gratulować. Rzeczywiście ludzie się dziwili, widząc jak Marcin wychodzi i określając proporcje, ile więcej siły musi wkładać w ten sam cel, co wszyscy. Dłużyła się trasa, chwilami szliśmy w skupieniu, chwilami żartując i podbudowując się.

Wreszcie szczyt. Mała Rawka zdobyta! Zasłużony odpoczynek, posiłek, woda i pamiątkowe zdjęcia. Popatrzyłem na drogowskaz górski i przeczytałem, że Wielka Rawka to 4 godziny! Spanikowałem, bo – według moich obliczeń – na dole będziemy, jak będzie już ciemno. Podzieliłem się z chłopakami informacją i szybko zaczęliśmy się zbierać. Grześkowi coś jednak nie grało, bo do Wielkiej powinno być maksymalnie pół godziny.

Zaczęli się ze mnie śmiać, bo WLK Rawka – Nova Sedlica (SK) 4h to jakiś szczyt po słowackiej stronie. Na Wielką Rawkę to już bajka. Szło się jak po autostradzie z jednym przewyższeniem. Gdy dotarliśmy na jej szczyt, postanowiliśmy odpocząć z godzinę.

Tu dylemat. Wracamy ta samą drogą, czy schodzimy prosto do Ustrzyk Górnych, a później jakoś autobusem po samochód na parking. W sumie perspektywa pokonania stromych podejść i schodów średnio nam się uśmiechała, z drugiej strony nieznany szlak do Ustrzyk i problem z samochodem. W końcu wpadliśmy na pomysł, że Adaś może kogoś motocyklem podrzucić na parking po brykę.

Po odpoczynku –zejście z Wielkiej Rawki do Ustrzyk Górnych.

Tu asekuracja już inna. Trzymałem Marcina za szlufkę od spodni. Jak poleci w dół, to go chociaż trochę zablokuję, albo polecimy razem… :) Schodzimy powoli, po stromych schodach. Wyprzedza nas jakiś pan. Pytamy, czy zna ten szlak, odpowiada, że nie, że pierwszy raz idzie, a za nim jeszcze jego żona.

To żonę pan samą zostawił? – żartujemy

Tak, zostawiłem niedźwiedziom!

Za kilka minut wyprzedza nas samotna kobieta.

Tam pani mąż schodzi, wyprzedzał nas

Wiem, dziękuję

Mówił, że zostawił Panią specjalnie – niedźwiedziom

Już ja sobie z nim porozmawiam tam na dole :)

Schodziło się ciężko, ale byliśmy szczęśliwi, że pokonaliśmy Rawki w taki sposób. Pytaliśmy wychodzących, czy daleko jeszcze, odpowiadali, że dwie poręczówki i później już jak po płaskim.

Marcin zmieniał przepocone koszulki, mieliśmy jeszcze batony i spory zapas wody do picia. Często odpoczywaliśmy.

Byłem mega szczęśliwy – że jestem w górach z synem, że syn kocha góry i wspinaczkę, że sam mnie do tego namawia, że razem robimy coś wspaniałego, że się wspieramy nawzajem, że widzę dumnego z siebie i zadowolonego, chociaż bardzo zmęczonego, Marcina. To taki sam moment, gdy słyszałem Hymn Polski grany dla Natalii podczas Mistrzostw Europy, takie samo wzruszenie, gdy sędzia ogłaszał jej zwycięstwo.

Kiedyś już o tym pisałem. To, ile trudu musi pokonać Marcin, aby zdobyć jakikolwiek szczyt, wiedzą tylko ci, co go znają. Odciski i rany na stopach, które są źle układane przy wychodzeniu i schodzeniu są naprawdę spore. Kilka dni po takiej przygodzie trzeba odpoczywać. Cieszę się, że moje dzieci mają tak silne charaktery i dzielnie pokonują swoje słabości. Szkoda tylko, że Nati nie lubi chodzić po górach, ale nie można mieć wszystkiego…

Schodząc do Ustrzyk, myślałem sobie, że kiedyś to się skończy. Marcin niedługo ułoży sobie życie tak, jak Natalia zaczęła swoje układać. Pozna kogoś, będziemy mieli mniejszy kontakt ze sobą. Nachodzi refleksja i wątpliwość, czy byłem dobrym ojcem, czy poświęciłem swoim dzieciom wystarczającą ilość czasu, czy przekazałem im jakieś wartości i czy mogłem coś zrobić więcej i lepiej? Na pewno mogłem i teraz żałuję tego, że nie zrobiłem… (przyp. poprawiacza tekstu – autor jest najlepszym tatą na świecie! Co za tym idzie – ostatnie zdanie tu nie pasuje, ale ja jestem od ogarniania przecinków i nie mogę go usunąć.)

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Co chwilę mostki zrobione z desek, tak… kilkanaście. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie chodzimy w kółko. Adaś już przyjechał, zadzwonił i przedstawiliśmy mu nasz plan, aby podwiózł Grzesia na parking kilka kilometrów po samochód. Mówię do Grześka:

– Idź z kluczykami, żeby nie czekał na nas. My powoli dojdziemy.

Uznał, że to dobry pomysł i szybciej poszedł do głównej drogi. Po kilkunastu minutach zobaczyliśmy strome zejście, a za nim mostek, słyszeliśmy i zobaczyliśmy samochody. Jesteśmy u celu. Ponad 11km trasy po górach to rekord, który pokonał Marcin. Paradoksalnie najwyższy szczyt Bieszczad – Tarnica, okazał się najłatwiejszy. Mała i Wielka Rawka to najdłuższa trasa, jaką pokonaliśmy z Marcinem w Bieszczadach. Nie zrobilibyśmy tego bez Grzesia i tu jeszcze raz chcemy złożyć mu podziękowania. Jest super kompanem, przyjacielem i pomocnikiem w tego typu wypadach.

Po przybyciu na kwaterę, zjedliśmy zasłużony ciepły posiłek w Caryńskiej i zmęczeni udaliśmy się spać. Zimno było tak bardzo, że nawet na piwo nie mieliśmy specjalnie ochoty.

Rano w niedzielę wstałem pierwszy i zacząłem przygotowywać śniadanie. Potem wspólna kawa, pamiątkowe zdjęcie i do domu. Grześ postanowił wracać z Adasiem na motocyklu, żeby zobaczyć, jak to jest. To był jeden z najlepszych weekendów tego roku. Z pewnością spotkamy się za rok razem!

Mamy jeszcze w planie kiedyś pojechać motocyklem do Rumunii, powoli do tego dążymy. Trzymajcie kciuki! :)

Piotr Kondeusz [Pit]

Mała galeria z Bieszczad:

Snowdon

Wspomnienia roku 2018

Najmilsze wydarzenia dla mnie w kończącym się roku są związane z rodziną. Weekend, który najmocniej utkwił mi w pamięci, to wyjazd w Bieszczady i wyjście Marcina na jeden ze szczytów połoniny Wetlińskiej – Smerek. Dzień w którym Marcin pokazał swój charakter, swój upór w dążeniu do celu i pokonał własne słabości. Był to też pierwszy wypad z synem pod namiot w góry. Niesamowite przeżycie, zwłaszcza z wujkiem, który mieszkał w dzieciństwie w Cisnej i snuł opowieści o górach i góralach.

Drugie dla mnie ważne wydarzenie, to sukces Natalii na turniejach. Niewątpliwie był to jej rok. Zdobycie Mistrzostwa Europy, Pucharu Europy i Mistrzostwa Polski w jednym roku, to coś niespotykanego. Codzienne treningi jednak muszą owocować. Ciągła jej nieobecność zaczyna być jednak dla mnie przytłaczająca.

Trzecim wydarzeniem, którego nie zapomnę był wyjazd do rodziny w Anglii i wycieczka do Walii na najwyższą górę Snowdon…

To był nasz drugi wyjazd do Agnieszki i Oskara. Za pierwszym razem z Marcinem zwiedziliśmy Coventry i Londyn, a za drugim razem byliśmy z Elą i główną atrakcją była Walia. Naprawdę niewiele można zobaczyć w jeden dzień, ale tym co zobaczyłem, byłem zachwycony. Pojechaliśmy specjalną trasą, gdzie było mnóstwo pasących się owiec na pięknych górzystych wrzosowiskach. Wyjazd specjalnym pociągiem na górę Snowdon też był atrakcyjny. Z przyjemnością słuchałem opowieści Oskara o zwyczajach Anglików. W drodze powrotnej pojechaliśmy do pubu na walijskie jedzenie i piwo, tzn “Ale”.
Nie pamiętam nazwy tego piwa ale smakowało mi wybitnie. Mało nasycone dwutlenkiem węgla, mętne, ale chłodne i bardzo smaczne.

Niewiele podróżowałem w swoim życiu, ale mogę stwierdzić, że najbardziej ciekawi mnie w obcych krajach, jak się żyje w małych miastach i na wsiach. Interesują mnie zwyczaje mieszkańców, ich kultura, historia miejscowości i oczywiście jedzenie. Dlatego zawsze staram się jeść regionalne potrawy. Jeśli mógłbym wybrać gdzie pojechać, czy Nowego Yorku, Wiednia lub Rzymu, to z pewnością wybrałbym małe miejscowości w Szkocji, Irlandii lub Walii. W Słowenii zachwyciły mnie góry i ciasne uliczki małych miejscowości, takich jak np. Tolmin.

Korzystając z okazji, chciałbym swoim przyjaciołom, znajomym i wszystkim odwiedzającym moją stronę, życzyć w Nowym Roku 2019, wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, pomyślności i słusznych wyborów.


PS. informuję, że kilka tygodni temu, zawiesiłem na pewien czas swoje konto i stronę na Facebooku. Za bardzo mnie rozpraszał, a chcę skupić się na kilku ważnych dla mnie projektach. Kontakt ze mną nie jest jednak w żaden sposób dla zainteresowanych utrudniony.

Jesteś moim bohaterem

Pomysł wyprawy w Bieszczady pojawił się znienacka. Połoniny przeszedłem razem w wujkiem Zbyszkiem prawie 30 lat temu, do dziś pamiętam ich piękne szczyty. Wiedziałem, że kiedyś tam wrócę, ale nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczałem, że zrobię to z synem. Nie czarujmy się, Marcin ma wysoki stopień niepełnosprawności i problemy z wejściem do samochodu, a co dopiero wejść na górę. Gdy mu jednak  to zaproponowałem, powiedział że OK – możemy spróbować…
Przez ponad tydzień ćwiczyliśmy kondycję. Spacery po 5 kilometrów, jazda w tandemie na rowerze 15 km.

Zaproponowałem Zbyszkowi wspólny weekend w Bieszczadach, powiedziałem o swoim pomyśle i że w razie czego potrzebuję kogoś, aby w trudnych momentach mógł pomóc. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, przekonany, że nie wiem, na co się porywam. Na fejsbukowej grupie “Bieszczady” spytałem o najlepszy szlak na Smerek, tam udzielono mi cennych wskazówek.

Plan był prosty. Przyjechać wieczorem do Wetliny, rozbić namioty, rano zdobyć Smerek, po południu pojechać do Cisnej i odpocząć. Niedziela – powrót.

Schody zaczęły się już w Nowej Sarzynie. W górach pada od kilu dni. Z informacji, którą uzyskałem, nie było ciekawie. Deszcz, błoto i ślisko. Okno pogodowe miało się pojawić od piątku po południu do niedzieli. Decyzja – jedziemy. W razie złych warunków – najwyżej zawrócimy.

Klimat Bieszczad czuć było już po przejechaniu przez San. W Wetlinie znaleźliśmy pole namiotowe PTTK, krótkie formalności (45 zł) i rozbicie namiotów przy rzece o dźwięcznej nazwie “Wetlinka“. Na kolację – przepyszne, pikantne skrzydełka przygotowane przez teścia i piwo. Marcin już był zachwycony widokami, klimatem i ludźmi, których łączyła wspólna pasja. Obudziłem się o 6 rano, zrobiłem sobie kawę na zakupionej wcześniej kuchence gazowej, usiadłem na krzesełku obok namiotu i obserwowałem wschód słońca. Śpiew ptaków i szum rzeki obok, nastrajał bardzo pozytywnie.

Marcin obudził się i poszedł do łazienki. Śniadanie z ciepłą herbatą i w drogę. Namioty zostawiliśmy rozłożone, żeby wyschły.
Podjechaliśmy uliczką Manhattan do granicy lasu, zostawiliśmy samochód i w drogę. Godzina 9:00 – wszędzie błoto, spływająca woda, śliskie kamienie. Po kilkudziesięciu metrach – punkt kasowy. Opłata 15 zł.

Szło się w miarę dobrze, powoli po błocie. Buty z dobrym protektorem nie ślizgały się aż tak. Lepiej było po błocie, niż po śliskich kamieniach, lub deskach, które od czasu do czasu się pojawiały. Zbyszek z przodu wybierał najlepsze miejsca, które miały być optymalne dla Marcina. Nie raz jednak wracaliśmy kilka metrów, aby ominąć trudności. Co 100 lub 200 metrów – krótki odpoczynek. Już wtedy wiedziałem, że za mało wody wzięliśmy, bo tylko dwie butelki litrowe. Nie wiedzieliśmy, ile jeszcze km do końca lasu ale odpaliłem GPS, który pozytywnie nas zaskakiwał, bo to “tylko” 1,5 km. Co chwilkę ktoś nas wyprzedzał z krótkim “dzień dobry” lub “cześć”. Zwyczaje się zmieniają, bo pamiętam, że turyści na szlaku mówili tylko “cześć”. Gdy nas wyprzedzali zauważyłem, że ukradkiem spoglądają na Marcina z niedowierzaniem.

Dotarliśmy do jakiejś altany i tam krótki odpoczynek. Z powodu zamknięcia szlaku żółtego trzeba było obejść kawałek, aby dostać się do Przełęczy Orłowicza. Szło się coraz trudniej. Marcin był zmęczony, ale bardzo zmotywowany. Doszliśmy do końca lasu. Jeszcze zostały nam do pokonania wysokie schody, i po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy słynną przełęcz.
Tam 15 minutowy odpoczynek, żeby pokonać sprawnie ostatni odcinek na Smerek. Marcin zapomniał czapki, więc owinął sobie głowę mokrą od potu koszulką i założył przewiewną, którą mieliśmy w zapasie. Na przełęczy mnóstwo turystów, grupy harcerzy, pary, starsze małżeństwa i samotni turyści.

Okazało się, że odcinek, o którym myślałem, że jest zwykłą ścieżką składał się z kamieni. Kamieni ostrych, nierównych i niebezpiecznych. Czasem tylko trochę udeptanej ścieżki, gdzie mogłem Marcina przestać asekurować, zrobić krótki film i zdjęcia. Ludzie na szlaku, widząc, jak sobie Marcin radzi, życzyli mu powodzenia, a niektórzy wyprzedzając go, dopingowali, mówiąc szeptem coś w stylu: “dajesz radę”, “już niedaleko, wytrzymasz” – to było piękne i motywujące.

Godzina 12:50 ostatnia prosta i jesteśmy na szczycie. Szliśmy cztery godziny. Zdrowy człowiek pokonuje ten dystans do dwóch godzin. Widzimy sporo turystów, ktoś jak nas zobaczył, od razu ustąpił miejsca na ławce. Przytuliłem Marcina mocno i pogratulowałem mu. Powiedziałem, że jest wielki i jestem z niego bardzo dumny. Dobrze że miałem ciemne okulary, to nikt nie widział, jak załzawiły mi się oczy ze wzruszenia.

Marcin zdjął buty, napił się wody i odpoczywał. Widać było, że jest bardzo szczęśliwy, ale z minuty na minutę coraz bardziej przerażony. Dotąd nie wiedział ile jeszcze ma do pokonania. Gdy dotarł na Smerek uzmysłowił sobie, ile trasy musi pokonać, aby zejść. Uspokajałem go, mówiąc, że zrobimy to powoli i mamy na to pół dnia. Bez dobrych butów, kijków i pomocy Zbyszka nie byłoby szans na pokonanie nawet kilometra drogi.
Na szczycie jeszcze, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i zaczęliśmy schodzić.

Ze szczytu Smreka na przełęcz Orłowicza schodziliśmy 50 minut. Zbyszek asekurował Marcina z przodu, podając mu rękę przy stromych odcinkach. Ja cały czas trzymałem go za koszulkę, żeby wiedział, że za nim jestem i gwałtownie nie przechylił się do przodu. Ludzie, widząc, jak schodzimy, byli zdziwieni, jak on tam w ogóle wyszedł. To było bardzo trudne i niebezpieczne, co kilkanaście metrów – odpoczynek. Musieliśmy też często ustępować turystom, którzy szli normalnym tempem. Wtedy po raz pierwszy Marcinowi poślizgnęła i zaklinowała się noga pomiędzy kamieniami. Złapałem go mocno, Zbyszek szybko podbiegł i go przytrzymał. Na szczęście nic się nie stało, tylko ułamał się kijek. Wtedy ja zacząłem mieć wątpliwości, czy zachowałem się odpowiedzialnie, zabierając go na taką wędrówkę. Uzmysłowiłem sobie, że gdyby skręcił nogę, to tylko helikopter mógłby pomóc, aby znalazł się na dole. Zdałem sobie sprawę, jak wiele wysiłku musiał włożyć, aby wyjść na szczyt i ile musi teraz, aby z niego zejść.

Odpoczynek na Przełęczy Orłowicza, próba naprawienia kijka i w butelce mniej niż pół litra wody. Powoli schodziliśmy z grani do lasu. Po dotarciu schemat ten sam. Ja z tyłu, Marcin w środku, Zbyszek na przodzie. Turyści, widząc nas, proponują pomoc. Raz z niej skorzystaliśmy, ale jednak schemat który obraliśmy był lepszy. Znowu zepsuł nam się kijek, spłaszczyłem końcówkę kamieniem i pewniej zamocowałem. Dotarliśmy do Altany. Marcin wypił resztę wody i zjadł batona energetycznego.

Kryzys..

Do celu jeszcze jakieś 1,8 km, w dół po błocie, korzeniach i tych nieszczęsnych kamieniach. Wyprzedziła nas grupa osób odmawiająca głośno różaniec. “Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna..” poczekałem aż nas wyprzedzą. Wolę skupić się na Marcinie niż na modlitwie. Coraz częściej chłopak musi odpocząć. Zbyszek mówi, że nie może długo, bo będzie coraz gorzej. Do samochodu niecały kilometr. Za nami jakaś grupa, w której facet, głośno opowiada historię o jego ciotce w mieście, która miała problem  i o tym, jak sobie z nim poradziła.
Powiedziałem Marcinkowi, żeby poczekał, bo nie zniosę tego pieprzenia, już wolę słuchać tych od różańca. To zastanawiające, ale przez całą trasę, rozmawialiśmy tylko o górach, wytrwałości, o tym co nas czeka, o twardym charakterze. Wszystkie inne problemy zostały na dole, a tu liczyły się tylko góry.

Wolałem już nie patrzeć na GPS, nie chciałem wiedzieć ile nam zostało drogi, ale rozpoznawałem miejsca gdzie odpoczywaliśmy idąc pod górę. Wiedziałem, że lepiej Marcinowi schodzić, gdy się do niego mówi, bo skupia się wtedy na rozmowie, a nie na trudnościach. Szliśmy jednak w milczeniu. W końcu Marcin mówi:
Nie dam rady tato już, nie czuję nóg, nie czuje niczego. Nie dam rady. – Wiedziałem że to kryzys, zawołałem Zbyszka i mówię: STOP. Musi odpocząć.. Marcin usiadł na ściętym drzewie i nie mówił nic. Patrzył tylko przed siebie. Milczeliśmy razem dłuższą chwilę, w końcu powiedziałem:
Wiem, że jesteś silny, wiem też, że wytrzymasz jeszcze kilka zakrętów. Tam będą schody, później jeszcze 2 zakręty i już punkt kasowy, a potem już naprawdę blisko. Wyjdziemy z lasu i zobaczymy samochód. – Skinął głową i powolutku poszliśmy dalej.

Pokonał schody, jeszcze kawałek i zobaczyliśmy ten punkt kasowy. To był wyznacznik, że już jesteśmy prawie na samym dole. Zabraliśmy Marcinowi kijki i wzięliśmy go pod ramiona. Nie tylko nogi go bolały, ale też ręce od trzymania kijków i obciążenia. Powoli, krok po kroku, zaprowadziliśmy go do samochodu.
Gdy usiadł w samochodzie, napił się wody to odzyskał siły. Już uśmiechał się. Zobaczyłem z dołu szczyt Smereka i nie mogłem uwierzyć w to co zrobiliśmy. Spojrzałem na zegarek, była 17:00.

Podsumowanie…

Gdybym wiedział wcześniej, jaka droga nas czeka, i jakie trudności musi mój syn pokonać, na pewno nie odważyłbym się na wyjście z nim na Smerek. Marcin, gdyby wiedział, jak daleko jest szczyt, też by się nie zdecydował. Tylko nieświadomość ile jeszcze trzeba iść, i nadzieja, że cel już jest blisko, pozwoliła nam na zdobycie tej góry. Teraz jednak, kiedy widziałem jego walkę, jego upór i twardy charakter, zrobiłbym to z pewnością jeszcze raz. Marcin po powrocie do domu powiedział, że kiedyś jak będzie, sucho zrobi to ponownie.

Pojechaliśmy złożyć namioty i do Cisnej na kolację. Meldunek na polu namiotowym. W słynnej “Siekierezadzie” Marcinowi zamówiłem jedzonko, chwila na festiwalu i do namiotu gdzie od razu zasnął.
W niedzielę śniadanko, odwiedziny u dalszej rodziny, obiadek w postaci pierogów, wspólne zdjęcia i do domu.

O tym, czego tak naprawdę dokonałeś Marcin, wie tylko nasza trójka – Ja, Ty i Zbyszek. Wszyscy ci, którzy znają Ciebie i Twoje problemy i wiedzą jak wygląda żółty szlak z Wetliny przez Przełęcz Orłowicza w takich warunkach, mogą powiedzieć, że dokonałeś niemożliwego. Ci, którzy widzieli Cię na szlaku, byli pełni podziwu doceniając Twój mocny charakter.

Jesteś moim bohaterem.

nastrzech

Film z wyprawy: