Wyjście Marcina na Tarnicę

“Patrząc z góry wokoło, świat wydaje się lepszy”

Naszym zdaniem Bieszczady to najpiękniejszy zakątek naszego kraju. W tamtym roku Marcin dokonał niemożliwego, zdobył górę Smerek (1 222 m n.p.m) – najwyższy szczyt połoniny Wetlińskiej. O tym wydarzeniu można przeczytać tutaj.

Po wyjściu na Smerek, postanowiliśmy zdobyć kiedyś Tarnicę ( 1 346 m n.p.m) – najwyższy szczyt Bieszczad. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo. Minął rok, wakacje już się kończyły, a sobota za sobotą mijała. W końcu pokonanie Tarnicy zaplanowaliśmy na ostatni dzień wakacji 31 sierpnia. Sami byśmy tego nie zrobili, potrzebowałem wsparcia, bo gdyby coś się wydarzyło trzeba byłoby Marcina znieść z góry…  ale na przyjaciół zawsze można liczyć.

Piątek
W ekipie czteroosobowej: ja, Marcin, Grzesiek i Kuba, wyruszyliśmy po pracy w kierunku Ustrzyk Górnych. Plan był następujący: w piątek na polu namiotowym – rozkładamy namioty, kolacja, ognisko. Rano – śniadanie, pokonanie góry i do Cisnej. W Cisnej – rozkładamy namioty idziemy na kolację, świętujemy zwycięstwo i w niedzielę – wracamy.

Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym w Bereżkach. Miejsce wręcz idealne na spędzenie noclegu. Dużo miejsca, super sanitariaty, ciepła woda i brak jakiegokolwiek zasięgu GSM.

Po rozłożeniu namiotów, przygotowaliśmy ognisko. Mieliśmy do zjedzenia pyszne skrzydełka, przygotowane przez teścia, i kiełbasę na ognisko.

Miłą niespodzianką był przyjazd Adasia. Ogar odpalił swojego czerwonego rumaka, przybył spędzić z nami wieczór i zdopingować nas do działania. Przez kilkadziesiąt minut Adam grał i śpiewał turystyczne piosenki, a akompaniował mu Kuba na drugiej gitarze. Musiał być naprawdę super klimat, bo mieliśmy gości, których zwabił dźwięk gitar. Przed północą położyliśmy się spać.

Sobota
Ranek w Bieszczadach to coś niesamowitego. Góry jeszcze we mgle, ale już docierały promienie słoneczne. Zrobiliśmy wspólnie jajecznicę, kawę i pożegnaliśmy się z Ogarem. Czas na pokonanie Tarnicy.

Do Wołosatego dotarliśmy samochodem. Zostawiliśmy naszych synów przed punktem kasowym i z Grzesiem zaprowadziliśmy samochód na parking. Krzyż na Tarnicy było widać doskonale. Słońce już dokuczało, na szczęście – większość trasy to las. Kilka zdjęć na tle góry i do przodu.

Początek dosyć łatwy, Marcin pędził jak czarny rumak, co chwila musiałem mu mówić, żeby zwolnił.

Co kilkaset metrów odpoczywaliśmy. Wiedzieliśmy, że w połowie drogi jest spora wiata na odpoczynek. Gdy dotarliśmy do niej, zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Telefony powyłączane, bo tylko ukraiński provider się zgłaszał. Ludzie nas wyprzedzali, ktoś zwrócił się do Marcina i powiedział: „No! Szacunek!”.

Robiliśmy po drodze zdjęcia i krótkie filmiki. Wody w plecakach ubywało. Bardzo strome podejścia… W głowie miałem słowa Szalka, który Tarnicę zna doskonale: „Może Marcin mieć ciężko, bo są dwa bardzo trudne podejścia.”. Czekałem na podejścia i najgorsze było przy wyjściu z lasu. Naprawdę same skały i trzeba było dobrej asekuracji, a ja wiedziałem już, że wyjście jest łatwiejsze niż zejście na tym odcinku. Udało się. Wyszliśmy z lasu na otwarty teren, gdzie słońce napieprzało jak oszalałe. Tu odpoczynek i schodami na grań. Paskudne te schody, chociaż nie wiedziałem w sumie, czy dla Marcina są lepsze, czy gorsze. Radził sobie doskonale. Może ciężko w to uwierzyć, ale kondycję miał najlepszą z naszej czwórki. Kuba też sobie nieźle radził jak na pierwszy raz. Trochę musieliśmy go motywować, ale widać było, że największa motywacja dla Kuby to pomoc Marcinowi. Dzięki, Kuba.

Dotarliśmy do przełęczy Krygowskiego. Marcin zmienił przepoconą koszulkę na koszulkę z hasztagiem #jedynatakaszkola. Przed nami ostatnia prosta i będziemy na szczycie. Trudne podejście, na początku – schodami,  później po sporych kamieniach. Usłyszeliśmy Grzesia: „ Ej, to już tu chłopaki!”.

Szczyt

Stanęliśmy na szczycie Tarnicy! Wyjście trwało 3 godziny 10 minut. Podziękowałem Kubie i Grzesiowi i przytuliłem Marcina. Staliśmy tak chwilę bez ruchu, bo zdawaliśmy sobie sprawę, jaki trud musiał pokonać. Jeszcze kilka lat temu nawet nie marzyliśmy o tym, że będziemy razem chodzić po górach. Że będziemy zdobywać szczyty i podziwiać razem piękno Bieszczad! To była dla mnie najpiękniejsza chwila tych wakacji.

Porobiliśmy kilka zdjęć. Marcin jako lokalny patriota – z flagą Nowej Sarzyny. Odpoczęliśmy, zjedliśmy przygotowany wcześniej posiłek i zaczęliśmy schodzić do Wołosatego.

Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy schodzić, a na szczyt wspinał się Baca z żoną i córką. Ucieszyliśmy się z takiego spotkania. Porozmawialiśmy chwilę i na dół. Minęła nas jakaś rodzina i powiedziała: „Sarzyniaki to się wszędzie spotkają.“. Prawdopodobnie następny ziomek schodził. Przytaknęliśmy, ale byliśmy tak skoncentrowani, że naprawdę nie poznałem, kto to był. A szkoda. Pod górę wychodził jakiś pan w kurtce ratownika górskiego, popatrzył na Marcina i powiedział: „To się nazywa siła charakteru. Podziwiam i gratuluję!”. Motywują nas takie teksty, naprawdę.

Schodzimy dalej. Nawet jakoś idzie, ale bałem się tego odcinka przy wejściu do lasu. Usiedliśmy na chwilę. Obok nas grupa Ślązaków, którzy rozmawiali ze sobą głośno z charakterystycznym akcentem. Polewali sobie wódkę. Nie wierzyłem w to, co widzę. Ludzie schodzą z Tarnicy w upalny dzień i piją z kieliszka gorzałę. Twardziele. Naprawdę.

Do skraju lasu dotarł Baca, wykorzystałem okazję i poprosiłem o asekurację Marcina przez ten 20 metrowy odcinek. Udało się i Marcin bezpiecznie to pokonał.

Schodzenie było męczące, ale nie takie złe, jak sobie wyobrażałem. Bez większych niespodzianek dotarliśmy do końca szlaku.

Byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Samochodem pojechaliśmy po wyschnięte namioty do Bereżek. Sprzątnie i szybko do Cisnej. Zameldowałem nas, rozłożyliśmy namioty i poszliśmy z Marcinem zjeść kolację do Siekierezady.

Krótka rozmowa ze średnio miłą barmanką, zamówiłem lokalne piwo i wziąłem jadłospis.

Ceny oczywiście kosmiczne, piwo ciepłe. Siekierezada jest jednak przereklamowana. Postanowiliśmy z Marcinem zmienić lokal. Wybór padł na lokal “U Bacy”, przy głównej ulicy. Zamówiliśmy placki po góralsku. Dotarli do nas Grzesiu z Kubą. Naprawdę fajny wieczór, kiedy przy piwku można podsumować tak wspaniały dzień. Ciekawe jest to, że w tym samym czasie Natalia zdobyła Świnicę (2 301 m n.p.m) w Tatrach Wysokich.

Zrobiliśmy zakupy i już pod namiotem kończyliśmy “nocne Polaków rozmowy”.

Niedziela

Rano zimny prysznic i na pyszne śniadanko do “Trolla”. Żal było zostawiać Bieszczady. Dumni jednak z siebie – postanowiliśmy, że wrócimy tu niebawem.

Podsumowanie

Ten wyjazd i zdobycie najwyższego szczytu Bieszczad wiele dla nas znaczy. O tym, jak wielka to rzecz, może wiedzieć tylko ten, kto zna Marcina, jego problemy z chodzeniem i wychodził kiedyś na Tarnicę z Wołosatego. Chcemy bardzo podziękować za pomoc, asekurację i towarzystwo Grzesiowi, Kubie i Bacy, a Ogarowi za miły wieczór i motywowanie. Dla mnie osobiście to spełnienie marzeń, że mogę z synem zdobywać szczyty i podziwiać piękno Bieszczad. Czas spędzony z synem i z Wami na polu namiotowym, szlaku i szczycie Tarnicy to najpiękniejsze chwile tego roku.

Krótkie migawki filmowe nagrane smartfonem z tego wyjazdu:

Ekipa z Nowej Sarzyny w Bieszczadach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.