Nowa Sarzyna

Kolejne szczyty zdobyte!

Pamiętam dobrze, jak Natalia trenowała, jej pierwsze sukcesy na lokalnych turniejach. Mnóstwo wyrzeczeń, samodyscypliny i odwagi. Stawała na podium w wielu krajach, później, Puchar Polski, Mistrzostwo Polski, Mistrzostwo Europy. Każda walka i przeciwnik był jej kolejną górą, kolejnym szczytem do zdobycia.

Pierwszym sukcesem Marcina było wejście na Smerek. W błocie, po śliskich kamieniach – zdobył szczyt, o którym marzył przez kilka miesięcy. Krok po kroku, z asekuracją, z przewrotkami, słysząc wciąż wsparcie obcych ludzi na szlaku, wszedł na niełatwą jak dla niego górę.

Kolejny rok, kolejny szczyt. Najwyższy szczyt Bieszczad w Polsce – Tarnica. Do tej góry już przygotowywał się kondycyjnie od kilkunastu tygodni. Długie spacery, bieżnia, rower. Pomimo trudności w chodzeniu, kondycyjnie był lepiej przygotowany niż ja. Tarnica wbrew pozorom była łatwiejsza dla niego niż Smerek. Obiecaliśmy sobie, że następną górą, latem 2020, będzie Mała i Wielka Rawka. Kochamy Bieszczady, ich klimat i wspólne wędrówki. Wiadomo, że najlepiej chodzi się po górach z przyjaciółmi, a Grzesiek i Kuba to sprawdzona ekipa. Umówiliśmy się wtedy, że na wakacjach pojedziemy znowu razem w góry.

Wakacje minęły dosyć szybko, a został nam jeszcze temat gór. Ostatnim możliwym terminem był weekend 18-20 września. Jeszcze ciepłe dni, ale chłodniejsze noce. Grześ zaproponował spanie w jakiejś kwaterze, bo pod namiotem to już chłodno. Przystaliśmy na ten pomysł, bo przecież najważniejsze są góry, a nie spanie.

W góry wybieraliśmy się we czterech – Grzesiek, Adam, Marcin i ja. Kuba zrezygnował tym razem, a szkoda. Adasiowi coś wypadło, powiedział, że dołączy w sobotę, więc ostatecznie pojechaliśmy tylko z Grzesiem.

Wyjazd około 13:30 w piątek. Byłem w kiepskim humorze, bo bez przygotowania fizycznego i psychicznego. Dużo spraw do załatwienia pod koniec tygodnia i chciało się jak najszybciej uciec z Nowej Sarzyny. Mówię do Grześka, że już bym się piwa napił i odpoczął, a on, że może prowadzić samochód. Nie chciałem, bo nie lubię pić sam, jak ten żul w krzakach. I mówię, że może za Przemyślem się zmienimy, ale pił nie będę.

Im bliżej do Bieszczad, tym nastroje lepsze. Im nastroje lepsze, tym pomysłów więcej. Nagle do głowy wpadł ten genialny.

– Grzesiu, ale my głupio myślimy… Przecież możemy sobie kupić piwko i pić całą drogę!

– Ale jak? – zapytał

– No przecież Marcin ma prawo jazdy, jeździ bardzo dobrze i jest napalony na kierowanie, jak zboczony ksiądz na ministranta.

– I ty dopiero teraz o tym mówisz? Skręcaj do sklepu!

I tak wszyscy byli zadowoleni. My z zimnym browarem w ręce, a Marcin wreszcie w swoim żywiole, pokonując górskie zakręty.

W Ustrzykach Dolnych kupiliśmy zaopatrzenie na kolację i na jakiegoś grilla, problem tylko z węglem drzewnym, bo już po sezonie. Nocleg w Ustrzykach Górnych – im bliżej, tym znowu nerwy, czy zabrałem wszystko to, co miałem zabrać. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów, niestety nie było węgla drzewnego.

Po przybyciu do “hotelu” załatwiliśmy formalności i znaleźliśmy pokoje noclegowe. Pokoje po dwa łóżka, pościel. W miarę czysto, chociaż widać, że przeznaczone głownie pod turystów, którzy chodzą po górach i innych wygód nie potrzebują. Ogólnie ani czajnika, ani grilla, ani kuchenki. Bida. Trochę byłem wkurzony, bo przecież mogłem zabrać wszystko. I kuchenkę, kubki, a nawet grilla.

Ale jesteśmy ekipą, która lubi wyzwania i prowizorki. Znaleźliśmy jakiś mały “grill”. Chłopaki załatwiali drewno, ja poszedłem po węgiel drzewny do sklepu. Gdy wróciłem, to było “rozpalone”. Kiełbasa, kaszanka, browar, skrzydełka na ostro (przygotowane przez teścia), muzyka z głośnika BT. Tylko chłodno już było, więc długo nie siedzieliśmy.

Rano przygotowałem kanapki na śniadanie i w góry, kawa w gospodzie i wyjazd na parking. Adaś miał do nas przyjechać późnym popołudniem.

Plan był taki: wyjście na Mała Rawkę, przejście na Wielką Rawkę i powrót tą samą drogą. Humory doskonałe – żartując, szliśmy pewnym krokiem do bacówki. Tam krótki odpoczynek i pod górę.

Schody, wszędzie schody. Bardzo strome podejścia, jak na Marcina, ale trzymał się dzielnie. Robiliśmy sporo przerw, ale wynikały też z tego, że trzeba było przepuścić co chwilę kogoś, aby nie blokować ruchu. Generalnie podejście wydawało się dłuższe i trudniejsze niż na Tarnicę.

Taktykę już mieliśmy sprawdzoną. Grześ pierwszy, wybierał łatwiejsze odcinki, za nim Marcin, za Marcinem ja, starając się go w jakiś sposób asekurować – w przypadku potknięcia lub wywrotki wiedział, że jestem za nim. Było naprawdę ciężko, jakaś kobieta, widząc Marcina, zaczęła mu bić brawo i gratulować. Rzeczywiście ludzie się dziwili, widząc jak Marcin wychodzi i określając proporcje, ile więcej siły musi wkładać w ten sam cel, co wszyscy. Dłużyła się trasa, chwilami szliśmy w skupieniu, chwilami żartując i podbudowując się.

Wreszcie szczyt. Mała Rawka zdobyta! Zasłużony odpoczynek, posiłek, woda i pamiątkowe zdjęcia. Popatrzyłem na drogowskaz górski i przeczytałem, że Wielka Rawka to 4 godziny! Spanikowałem, bo – według moich obliczeń – na dole będziemy, jak będzie już ciemno. Podzieliłem się z chłopakami informacją i szybko zaczęliśmy się zbierać. Grześkowi coś jednak nie grało, bo do Wielkiej powinno być maksymalnie pół godziny.

Zaczęli się ze mnie śmiać, bo WLK Rawka – Nova Sedlica (SK) 4h to jakiś szczyt po słowackiej stronie. Na Wielką Rawkę to już bajka. Szło się jak po autostradzie z jednym przewyższeniem. Gdy dotarliśmy na jej szczyt, postanowiliśmy odpocząć z godzinę.

Tu dylemat. Wracamy ta samą drogą, czy schodzimy prosto do Ustrzyk Górnych, a później jakoś autobusem po samochód na parking. W sumie perspektywa pokonania stromych podejść i schodów średnio nam się uśmiechała, z drugiej strony nieznany szlak do Ustrzyk i problem z samochodem. W końcu wpadliśmy na pomysł, że Adaś może kogoś motocyklem podrzucić na parking po brykę.

Po odpoczynku –zejście z Wielkiej Rawki do Ustrzyk Górnych.

Tu asekuracja już inna. Trzymałem Marcina za szlufkę od spodni. Jak poleci w dół, to go chociaż trochę zablokuję, albo polecimy razem… :) Schodzimy powoli, po stromych schodach. Wyprzedza nas jakiś pan. Pytamy, czy zna ten szlak, odpowiada, że nie, że pierwszy raz idzie, a za nim jeszcze jego żona.

To żonę pan samą zostawił? – żartujemy

Tak, zostawiłem niedźwiedziom!

Za kilka minut wyprzedza nas samotna kobieta.

Tam pani mąż schodzi, wyprzedzał nas

Wiem, dziękuję

Mówił, że zostawił Panią specjalnie – niedźwiedziom

Już ja sobie z nim porozmawiam tam na dole :)

Schodziło się ciężko, ale byliśmy szczęśliwi, że pokonaliśmy Rawki w taki sposób. Pytaliśmy wychodzących, czy daleko jeszcze, odpowiadali, że dwie poręczówki i później już jak po płaskim.

Marcin zmieniał przepocone koszulki, mieliśmy jeszcze batony i spory zapas wody do picia. Często odpoczywaliśmy.

Byłem mega szczęśliwy – że jestem w górach z synem, że syn kocha góry i wspinaczkę, że sam mnie do tego namawia, że razem robimy coś wspaniałego, że się wspieramy nawzajem, że widzę dumnego z siebie i zadowolonego, chociaż bardzo zmęczonego, Marcina. To taki sam moment, gdy słyszałem Hymn Polski grany dla Natalii podczas Mistrzostw Europy, takie samo wzruszenie, gdy sędzia ogłaszał jej zwycięstwo.

Kiedyś już o tym pisałem. To, ile trudu musi pokonać Marcin, aby zdobyć jakikolwiek szczyt, wiedzą tylko ci, co go znają. Odciski i rany na stopach, które są źle układane przy wychodzeniu i schodzeniu są naprawdę spore. Kilka dni po takiej przygodzie trzeba odpoczywać. Cieszę się, że moje dzieci mają tak silne charaktery i dzielnie pokonują swoje słabości. Szkoda tylko, że Nati nie lubi chodzić po górach, ale nie można mieć wszystkiego…

Schodząc do Ustrzyk, myślałem sobie, że kiedyś to się skończy. Marcin niedługo ułoży sobie życie tak, jak Natalia zaczęła swoje układać. Pozna kogoś, będziemy mieli mniejszy kontakt ze sobą. Nachodzi refleksja i wątpliwość, czy byłem dobrym ojcem, czy poświęciłem swoim dzieciom wystarczającą ilość czasu, czy przekazałem im jakieś wartości i czy mogłem coś zrobić więcej i lepiej? Na pewno mogłem i teraz żałuję tego, że nie zrobiłem… (przyp. poprawiacza tekstu – autor jest najlepszym tatą na świecie! Co za tym idzie – ostatnie zdanie tu nie pasuje, ale ja jestem od ogarniania przecinków i nie mogę go usunąć.)

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Co chwilę mostki zrobione z desek, tak… kilkanaście. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie chodzimy w kółko. Adaś już przyjechał, zadzwonił i przedstawiliśmy mu nasz plan, aby podwiózł Grzesia na parking kilka kilometrów po samochód. Mówię do Grześka:

– Idź z kluczykami, żeby nie czekał na nas. My powoli dojdziemy.

Uznał, że to dobry pomysł i szybciej poszedł do głównej drogi. Po kilkunastu minutach zobaczyliśmy strome zejście, a za nim mostek, słyszeliśmy i zobaczyliśmy samochody. Jesteśmy u celu. Ponad 11km trasy po górach to rekord, który pokonał Marcin. Paradoksalnie najwyższy szczyt Bieszczad – Tarnica, okazał się najłatwiejszy. Mała i Wielka Rawka to najdłuższa trasa, jaką pokonaliśmy z Marcinem w Bieszczadach. Nie zrobilibyśmy tego bez Grzesia i tu jeszcze raz chcemy złożyć mu podziękowania. Jest super kompanem, przyjacielem i pomocnikiem w tego typu wypadach.

Po przybyciu na kwaterę, zjedliśmy zasłużony ciepły posiłek w Caryńskiej i zmęczeni udaliśmy się spać. Zimno było tak bardzo, że nawet na piwo nie mieliśmy specjalnie ochoty.

Rano w niedzielę wstałem pierwszy i zacząłem przygotowywać śniadanie. Potem wspólna kawa, pamiątkowe zdjęcie i do domu. Grześ postanowił wracać z Adasiem na motocyklu, żeby zobaczyć, jak to jest. To był jeden z najlepszych weekendów tego roku. Z pewnością spotkamy się za rok razem!

Mamy jeszcze w planie kiedyś pojechać motocyklem do Rumunii, powoli do tego dążymy. Trzymajcie kciuki! :)

Piotr Kondeusz [Pit]

Mała galeria z Bieszczad:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *