hackyeah

“HackYeah 2019” Byliśmy na największym hackathonie w Europie!

W ostatni weekend, 14-15 września 2019 roku, wraz z Marcinem i jego kolegą Konradem, wzięliśmy udział w największym Hackathonie w Europie “HackYeah”, który odbył się w Centrum Targowo – Wystawienniczym “Ptak Warsaw Expo”, w Nadarzynie pod Warszawą.

Co to jest hackathon?

Hackathon jest to  wydarzenie skierowane do programistów, podczas którego informatycy i inne osoby związane z rozwojem oprogramowania, takie jak projektanci grafiki, twórcy interfejsów i menedżerowie projektów, stają przed zadaniem rozwiązania określonego problemu związanego z projektowaniem. Hackathony odbywają się w krótkim czasie, zazwyczaj na przestrzeni dnia lub weekendu. Zadanie do wykonania ogłaszane jest w dniu rozpoczęcia konkursu. Podczas oceniania pod uwagę brana jest wyłącznie praca wykonana podczas trwania wydarzenia.

Na HackYeah było prawie 3000 programistów i kilkaset teamów, którzy rywalizowali ze sobą tworząc projekty, w określonym temacie dla poszczególnych firm.

Przyznam, że to było najlepiej zorganizowane wydarzenie na jakim byłem w życiu, dla tak licznej grupy osób. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i można śmiało powiedzieć, że niczego nikomu nie brakowało.

Na HackYeah przybyliśmy w sobotę kilkanaście minut przed 9:00. Przy rejestracji otrzymaliśmy identyfikatory, koszulki, naklejki i inne gadżety. Każdy uczestnik dostał specjalną opaskę z materiału na rękę. Po zarejestrowaniu się poznaliśmy obiekt i zwiedziliśmy wystawców, którzy byli niejednokrotnie sponsorami nagród na hackathonie. Nie sposób wszystkich wymienić. Wszyscy byli bardzo mili i prezentowali swoje firmy i instytucje najlepiej jak potrafili.

W pamięci utkwiły nam oczywiście Ministerstwo Obrony Narodowej, które zaprezentowało Hummera, który jest używany w wojskach specjalnych, Narodowe Centrum Bezpieczeństwa Cyberprzestrzeni, Krajowa Administracja Skarbowa, LOT, Orlen, Bosch i wiele, wiele innych.

Przykładowo dla M.O.N programiści rozwiązywali zadania z obszarów takich jak: bezpieczeństwo aplikacji internetowych; inżynieria wsteczna; kryptografia; wykorzystanie podatności; informatyka śledcza oraz steganografia. Każdy jednak mógł sobie wybrać w jakim obszarze i dla którego z partnerów będzie tworzył aplikacje.

Chcieliśmy zarejestrować się na CTF MON, ale okazało się, że mogą startować tylko osoby pełnoletnie, a chłopakom jeszcze kilka miesięcy do pełnoletności brakuje :) Ostatecznie wybraliśmy jeden z trzech ogólnych tematów HackYeah, a były to: Bezpieczeństwo, Transport i Środowisko.

Wybraliśmy Środowisko i zastanawialiśmy się co robić. Mogliśmy zrobić jakiś portal związany ze środowiskiem, aplikację lub grę. Wybór padł na grę edukacyjno – logiczną dla najmłodszych dzieci, która miałaby polegać na segregacji odpadów.

Stworzyliśmy trzyosobowy zespół, który musiał mieć jakąś nazwę. Skoro wszyscy byliśmy z Nowej Sarzyny, wybór padł na “Sarzyna – Team”.

Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie mamy szans na wygraną, ale liczyła się zabawa i sprawdzenie swoich umiejętności. Były teamy sześcioosobowe składające się z zawodowych programistów :). My tworzyliśmy niewielki zespół i doskonale się rozumieliśmy, a nowe pomysły każdego z nas uzyskiwały akceptację pozostałych. Warto podkreślić, że Marcin i Konrad byli najmłodszymi uczestnikami HackYeah.

Sobota Godzina 12:00 – START

HackYeah: the biggest hackathon in Europe – day 1

Watch, then share 🤟#hackathon #HackYeah #OneHackathonToRuleThemAll

Opublikowany przez HackYeah Sobota, 14 września 2019

Kodowanie miało trwać 24 godziny. W tym czasie trzeba było ukończyć projekt, opisać go, zrobić prezentację i wgrać na serwer. Ruszyliśmy ostro, grafika, muzyka, kod. Marcin kodował, my mu wskazywaliśmy co i jak ma wyglądać, za co ma być punkt i ogólna koncepcja gry.

Były cztery ogólne posiłki: dwa w sobotę i dwa w niedzielę. Oprócz posiłków darmowa pizza, energetyki i kawa. Posiłki były różne z podziałem na wegetariańskie. Więc, makaron, grochówka, kanapki, pierogi itp. Po zakończeniu imprezy przy wyjściu ustawiono stały z kanapkami i każdy mógł wziąć ile chciał. Jedno jest pewne – głodnych ani spragnionych nie było :)

Byliśmy już w połowie projektu i postanowiliśmy zrobić małą prezentacje. Musieliśmy zmieścić się w minucie oczywiście po angielsku:

Jeśli ktoś był zmęczony lub znużony, to miał mnóstwo atrakcji. Była dyskoteka, różne konferencje, gry zręcznościowe, JOGA. Do wyboru. A gdy ktoś chciał się przespać, to była strefa sleep i ponad 100 materacy.

Odwiedził nas premier RP, a Marcin z Konradem wzięli udział w konferencji „Cyber.mil.pl – bronimy polską cyberprzestrzeń”, na której Wiceszef MON wyjaśnił dlaczego budujemy Wojska Obrony Cyberprzestrzeni oraz jakie działania podejmuje MON na rzecz bezpieczeństwa Polaków w sieci.

Około 5 nad ranem czuć było zmęczenie. Konrad spał na laptopie, a Marcin szukał rozwiązania jakiegoś problemu. Pomyślałem sobie, że lepiej żeby położyli się na 3 godziny, to szybciej rozwiążemy problem. Wygoniłem ich do spania, a sam rzeźbiłem dalej. Po 2,5 godzinie wrócili “wypoczęci” i uśmiechnięci. Zmieściliśmy się w określonym czasie i gra wyglądała tak:

Nie jest to szczyt umiejętności, ale mamy satysfakcję z tego, że wszystko zrobiliśmy samodzielnie od podstaw i wyrobiliśmy się w przepisowym czasie. Projekt miał na celu edukację najmłodszych w zakresie sortowania odpadów.

Niedziela godzina 12:00 – KONIEC

HackYeah 2019 vibe!

How is it to be at #HackYeah? Check it out (PL: czekerałt) and feel the biggest hackathon vibe!!! 💥

Opublikowany przez HackYeah Niedziela, 15 września 2019

Nagrody były poważne. Od 10 000 do 80 0000 PLN. Gratulujemy zwycięzcom, a organizatorom dziękujemy za wspaniałą atmosferę.

Naprawdę miło było przebywać 24 godziny z najlepszymi programistami. Coś wspaniałego móc pracować wśród prawie 3000 osób o tych samych zainteresowaniach i z pasją jaką jest programowanie. Spotkamy się za rok i mam nadzieję, że większym teamem. Dziękujemy!

Piotr, Marcin i Konrad

Wyjście Marcina na Tarnicę

“Patrząc z góry wokoło, świat wydaje się lepszy”

Naszym zdaniem Bieszczady to najpiękniejszy zakątek naszego kraju. W tamtym roku Marcin dokonał niemożliwego, zdobył górę Smerek (1 222 m n.p.m) – najwyższy szczyt połoniny Wetlińskiej. O tym wydarzeniu można przeczytać tutaj.

Po wyjściu na Smerek, postanowiliśmy zdobyć kiedyś Tarnicę ( 1 346 m n.p.m) – najwyższy szczyt Bieszczad. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo. Minął rok, wakacje już się kończyły, a sobota za sobotą mijała. W końcu pokonanie Tarnicy zaplanowaliśmy na ostatni dzień wakacji 31 sierpnia. Sami byśmy tego nie zrobili, potrzebowałem wsparcia, bo gdyby coś się wydarzyło trzeba byłoby Marcina znieść z góry…  ale na przyjaciół zawsze można liczyć.

Piątek
W ekipie czteroosobowej: ja, Marcin, Grzesiek i Kuba, wyruszyliśmy po pracy w kierunku Ustrzyk Górnych. Plan był następujący: w piątek na polu namiotowym – rozkładamy namioty, kolacja, ognisko. Rano – śniadanie, pokonanie góry i do Cisnej. W Cisnej – rozkładamy namioty idziemy na kolację, świętujemy zwycięstwo i w niedzielę – wracamy.

Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym w Bereżkach. Miejsce wręcz idealne na spędzenie noclegu. Dużo miejsca, super sanitariaty, ciepła woda i brak jakiegokolwiek zasięgu GSM.

Po rozłożeniu namiotów, przygotowaliśmy ognisko. Mieliśmy do zjedzenia pyszne skrzydełka, przygotowane przez teścia, i kiełbasę na ognisko.

Miłą niespodzianką był przyjazd Adasia. Ogar odpalił swojego czerwonego rumaka, przybył spędzić z nami wieczór i zdopingować nas do działania. Przez kilkadziesiąt minut Adam grał i śpiewał turystyczne piosenki, a akompaniował mu Kuba na drugiej gitarze. Musiał być naprawdę super klimat, bo mieliśmy gości, których zwabił dźwięk gitar. Przed północą położyliśmy się spać.

Sobota
Ranek w Bieszczadach to coś niesamowitego. Góry jeszcze we mgle, ale już docierały promienie słoneczne. Zrobiliśmy wspólnie jajecznicę, kawę i pożegnaliśmy się z Ogarem. Czas na pokonanie Tarnicy.

Do Wołosatego dotarliśmy samochodem. Zostawiliśmy naszych synów przed punktem kasowym i z Grzesiem zaprowadziliśmy samochód na parking. Krzyż na Tarnicy było widać doskonale. Słońce już dokuczało, na szczęście – większość trasy to las. Kilka zdjęć na tle góry i do przodu.

Początek dosyć łatwy, Marcin pędził jak czarny rumak, co chwila musiałem mu mówić, żeby zwolnił.

Co kilkaset metrów odpoczywaliśmy. Wiedzieliśmy, że w połowie drogi jest spora wiata na odpoczynek. Gdy dotarliśmy do niej, zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Telefony powyłączane, bo tylko ukraiński provider się zgłaszał. Ludzie nas wyprzedzali, ktoś zwrócił się do Marcina i powiedział: „No! Szacunek!”.

Robiliśmy po drodze zdjęcia i krótkie filmiki. Wody w plecakach ubywało. Bardzo strome podejścia… W głowie miałem słowa Szalka, który Tarnicę zna doskonale: „Może Marcin mieć ciężko, bo są dwa bardzo trudne podejścia.”. Czekałem na podejścia i najgorsze było przy wyjściu z lasu. Naprawdę same skały i trzeba było dobrej asekuracji, a ja wiedziałem już, że wyjście jest łatwiejsze niż zejście na tym odcinku. Udało się. Wyszliśmy z lasu na otwarty teren, gdzie słońce napieprzało jak oszalałe. Tu odpoczynek i schodami na grań. Paskudne te schody, chociaż nie wiedziałem w sumie, czy dla Marcina są lepsze, czy gorsze. Radził sobie doskonale. Może ciężko w to uwierzyć, ale kondycję miał najlepszą z naszej czwórki. Kuba też sobie nieźle radził jak na pierwszy raz. Trochę musieliśmy go motywować, ale widać było, że największa motywacja dla Kuby to pomoc Marcinowi. Dzięki, Kuba.

Dotarliśmy do przełęczy Krygowskiego. Marcin zmienił przepoconą koszulkę na koszulkę z hasztagiem #jedynatakaszkola. Przed nami ostatnia prosta i będziemy na szczycie. Trudne podejście, na początku – schodami,  później po sporych kamieniach. Usłyszeliśmy Grzesia: „ Ej, to już tu chłopaki!”.

Szczyt

Stanęliśmy na szczycie Tarnicy! Wyjście trwało 3 godziny 10 minut. Podziękowałem Kubie i Grzesiowi i przytuliłem Marcina. Staliśmy tak chwilę bez ruchu, bo zdawaliśmy sobie sprawę, jaki trud musiał pokonać. Jeszcze kilka lat temu nawet nie marzyliśmy o tym, że będziemy razem chodzić po górach. Że będziemy zdobywać szczyty i podziwiać razem piękno Bieszczad! To była dla mnie najpiękniejsza chwila tych wakacji.

Porobiliśmy kilka zdjęć. Marcin jako lokalny patriota – z flagą Nowej Sarzyny. Odpoczęliśmy, zjedliśmy przygotowany wcześniej posiłek i zaczęliśmy schodzić do Wołosatego.

Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy schodzić, a na szczyt wspinał się Baca z żoną i córką. Ucieszyliśmy się z takiego spotkania. Porozmawialiśmy chwilę i na dół. Minęła nas jakaś rodzina i powiedziała: „Sarzyniaki to się wszędzie spotkają.“. Prawdopodobnie następny ziomek schodził. Przytaknęliśmy, ale byliśmy tak skoncentrowani, że naprawdę nie poznałem, kto to był. A szkoda. Pod górę wychodził jakiś pan w kurtce ratownika górskiego, popatrzył na Marcina i powiedział: „To się nazywa siła charakteru. Podziwiam i gratuluję!”. Motywują nas takie teksty, naprawdę.

Schodzimy dalej. Nawet jakoś idzie, ale bałem się tego odcinka przy wejściu do lasu. Usiedliśmy na chwilę. Obok nas grupa Ślązaków, którzy rozmawiali ze sobą głośno z charakterystycznym akcentem. Polewali sobie wódkę. Nie wierzyłem w to, co widzę. Ludzie schodzą z Tarnicy w upalny dzień i piją z kieliszka gorzałę. Twardziele. Naprawdę.

Do skraju lasu dotarł Baca, wykorzystałem okazję i poprosiłem o asekurację Marcina przez ten 20 metrowy odcinek. Udało się i Marcin bezpiecznie to pokonał.

Schodzenie było męczące, ale nie takie złe, jak sobie wyobrażałem. Bez większych niespodzianek dotarliśmy do końca szlaku.

Byliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Samochodem pojechaliśmy po wyschnięte namioty do Bereżek. Sprzątnie i szybko do Cisnej. Zameldowałem nas, rozłożyliśmy namioty i poszliśmy z Marcinem zjeść kolację do Siekierezady.

Krótka rozmowa ze średnio miłą barmanką, zamówiłem lokalne piwo i wziąłem jadłospis.

Ceny oczywiście kosmiczne, piwo ciepłe. Siekierezada jest jednak przereklamowana. Postanowiliśmy z Marcinem zmienić lokal. Wybór padł na lokal “U Bacy”, przy głównej ulicy. Zamówiliśmy placki po góralsku. Dotarli do nas Grzesiu z Kubą. Naprawdę fajny wieczór, kiedy przy piwku można podsumować tak wspaniały dzień. Ciekawe jest to, że w tym samym czasie Natalia zdobyła Świnicę (2 301 m n.p.m) w Tatrach Wysokich.

Zrobiliśmy zakupy i już pod namiotem kończyliśmy “nocne Polaków rozmowy”.

Niedziela

Rano zimny prysznic i na pyszne śniadanko do “Trolla”. Żal było zostawiać Bieszczady. Dumni jednak z siebie – postanowiliśmy, że wrócimy tu niebawem.

Podsumowanie

Ten wyjazd i zdobycie najwyższego szczytu Bieszczad wiele dla nas znaczy. O tym, jak wielka to rzecz, może wiedzieć tylko ten, kto zna Marcina, jego problemy z chodzeniem i wychodził kiedyś na Tarnicę z Wołosatego. Chcemy bardzo podziękować za pomoc, asekurację i towarzystwo Grzesiowi, Kubie i Bacy, a Ogarowi za miły wieczór i motywowanie. Dla mnie osobiście to spełnienie marzeń, że mogę z synem zdobywać szczyty i podziwiać piękno Bieszczad. Czas spędzony z synem i z Wami na polu namiotowym, szlaku i szczycie Tarnicy to najpiękniejsze chwile tego roku.

Krótkie migawki filmowe nagrane smartfonem z tego wyjazdu:

Ekipa z Nowej Sarzyny w Bieszczadach

Lwów

Wycieczka do Lwowa

Od dawna planowaliśmy z Marcinem wybrać się do Lwowa, aby zobaczyć to miasto. W końcu powiedziałem, że jeśli mamy jechać to jedźmy. Przecież bliżej mamy do Lwowa niż do Krakowa.
O Lwowie wiedziałem tyle co z Internetu i opowiadań kolegów. Dostałem cenne wskazówki co warto zobaczyć, gdzie pójść i namiary na nocleg.
Naszą wycieczkę opisze z perspektywy kogoś, kto nigdy nie przekroczył granicy Schengen. Wiedziałem też, że jak ktoś udaje się gdzieś po raz pierwszy to musi zapłacić “frycowe”. Miał być to też pewnego rodzaju rekonesans, aby następnym razem jechać już z całą rodziną. Ostatecznie pojechaliśmy we troje – Ja Marcin i Ela. Nati została, bo czekała na swojego Wiktorka, z którym w poniedziałek miała jechać na zgrupowanie kadry kyokushin karate do Czarnego Dunajca.

Zdecydowaliśmy się na podróż samochodem i to był właściwy wybór pomimo korków na granicy. Plan był prosty. Jedziemy w piątek, by od rana zacząć zwiedzanie i wracamy w niedzielę po południu.

Piątek i granica w Medyce.
Czas oczekiwania na granicy około godziny. O ile po stronie polskiej było sprawnie i bezproblemowo, to już przy wjeździe na Ukrainę nie bardzo wiedziałem jak się zachować. Przy wjeździe dostaliśmy karteczkę ,na której był napisany nr rejestracyjny samochodu i ilość w nim osób. Następnie zabrano nam paszporty i dowód rejestracyjny przy jednej budce i po kilkunastu minutach oddano. Myślałem, że to analogicznie jak po naszej stronie więc szczęśliwy, że sprawnie poszło, podjechałem do bramy, gdzie ukraiński strażnik zbierał karteczki. Niestety cofnął nas z informacją, że brakuje nam pieczątki. okazało się, że nie zaliczyłem kontroli celnej. Tam sprawdzono nam pobieżnie bagaże, wprowadzono dane z paszportów do komputera i wbito kolejną pieczątkę. Cóż.. 10 minut w plecy, ale już się czegoś więcej dowiedziałem.
200 metrów od granicy zakupiłem trochę hrywien i kartę sim do telefonu za 75 hr, aby mieć dostęp do internetu, bo połączenia z naszych numerów są kosmiczne. LTE działa dobrze, ale żeby udostępnić net komuś innemu trzeba było doładować za 50 hrywien.
Droga do Lwowa była bardzo dobra, więc w dobrych nastrojach zbliżamy się do celu. Marcin pomagał w nawigacji, a ja już widziałem sieć trakcyjną trolejbusów. Mam lekki uraz do tramwajów, więc ucieszyłem się, że to tylko trolejbusy i nie ma żadnego torowiska. Droga do naszej kwatery prowadziła przez centrum miasta.

Jazda po Lwowie.
Hardcore. Nie obowiązują tu chyba żadne przepisy. Dwa pasy ruchu, torowisko i wszystko kostka brukowa. Światła umieszczone wysoko, można czasem przeoczyć. Jechałem bus-pasem, aby trzymać się najdalej od torowiska, bo miałem wrażenie, że tramwaje na mnie polują. Ciężko tu jednak mówić o jakichkolwiek pasach, bo nie ma w ogóle oznaczeń. Nie uważam się za złego kierowcę, w swoim życiu już trochę wyjeździłem kilometrów, ale to co się tam działo to Sajgon. Poza tym mam kiepskie zawieszenie w Peugeocie i trzęsło nami jak diabłem po święconej wodzie. Głowa obracała mi się w koło i musiałem być bardzo skoncentrowany. Co chwila redukcja biegów i jazda na pół sprzęgle. Chyba trochę go przypaliłem, bo było już czuć. Udało się dojechać na miejsce przy starej kamienicy.

Zakwaterowanie.
Kwaterę mieliśmy u Ukrainki. Był to spory, wysoki pokój z wystrojem przypominającym czasy wczesnego Gierka. Całe mieszkanie miało 130 m2, a kamienica z 1890 roku. Do naszej dyspozycji był pokój, kuchnia i łazienka no i WiFi. Wszystko było ok, zależało nam tylko na noclegu. Ukrainka doskonale mówiła po polsku i była bardzo miła. Widziałem, że chciała porozmawiać o Polsce i popolitykować, ale spieszyło nam się na Rynek, bo godzina była 20. Pani Luba, bo tak miała na imię, podjechała z nami na parking strzeżony, gdzie zostawiliśmy auto. Za 3 dni zapłaciliśmy 75 hrywien tj. około 12 zł. (Tak przy okazji w poniedziałek byliśmy w Zakopanem, gdzie za 2 godziny parkowania zapłaciliśmy 10 zł.)

Rynek.
Do rynku mieliśmy zaledwie 800 m, więc spacerkiem pokonaliśmy taką odległość.
Piękne miejsce. Widziałem błysk w oku Marcina. Wszystko było jak z bajki. Obeszliśmy ratusz dokoła i zatrzymaliśmy się w jednej knajpce gdzie wypiliśmy smaczne zimnie piwko. Bardzo dużo turystów, wszyscy uśmiechnięci w nastroju do zabawy. Koncerty, uliczni grajkowie i mnóstwo ludzi w ukraińskich koszulach z charakterystycznym prostokątnym haftem z przodu. Piękne choć specyficzne miejsce. Na jednym rogu cerkiew, w drugim burdel, w trzecim restauracja a na czwartym… Bank.

W sobotę miał być Dzień niepodległości Ukrainy i zapowiadała się niezła impreza.
Szybka kolacja w “Lviv Croissants” i powoli spacerkiem do domu.
Wszystko było dla mnie nowe, zaskakujące a najbardziej łazienka i ubikacja. Nie zdawałem sobie sprawy jak przy tak dużym mieszkaniu łazienka mogła być taka mała.

Sobota
Noc była bardzo ciepła i spaliśmy przy otwartym oknie, całą noc było słychać szum samochodów, ale szybko się do tego przyzwyczailiśmy.
Rano o siódmej szybki prysznic i poszliśmy spacerkiem na śniadanko. Przeszliśmy przez rynek, potem obok pomniku Adama Mickiewicza gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Śniadanie zjedliśmy sobie przy pasażu o nazwie Kryva Lypa. Rzeczywiście wkoło restauracje, a na środku krzywa lipa. :) Muszę przyznać, że jedzenie we Lwowie mają naprawdę dobre, a kawa jest wyśmienita.


Spacerkiem z powrotem na rynek i.. brak pomysłu. Zajrzałem do ściągi co warto najpierw zobaczyć i było tego naprawdę dużo jak na jeden dzień. Z opresji wybawił nas naganiacz, który zaproponował nam 3 godzinną wycieczkę autobusem z przewodnikiem po Polsku. W planie Cmentarz Łyczakowski, Zamkowe Wzgórze i Sobór. Za trzy osoby zapłaciliśmy 675 hrywien to jest około 106 zł. To była najlepsza decyzja na zwiedzanie. Bez przewodnika nie ma sensu.

Przewodnikiem była Ukrainka doskonale mówiąca po Polsku. Grupa była może 15 osobowa. Pani Irena przywitała się z każdym, przedstawiła i opowiadała o historii Lwowa. Podjechaliśmy na Cmentarz Łyczakowski, gdzie spędziliśmy większość czasu. Wiadomo, że na Cmentarzu Orląt Lwowskich najdłużej. Przewodniczka opowiadała cały czas i na temat. Odpowiadała na pytania nawet te trudne. Trudne, bo czasem ze wstydem, że pewne rzeczy są takie a nie inne. O lwach również. Przekazywała informację w sposób profesjonalny z szacunkiem do Polski i Polaków. Dlaczego o tym piszę?
Przy grobie Marii Konopnickiej, obok była inna wycieczka Polaków z polskim przewodnikiem. Miałem więc okazję słyszeć trochę z naszej i trochę z innej wycieczki. Obok przewodnik wykonywał takie szczucie na Ukraińców jak w TVP na Platformę. Wypowiedzi pełne pogardy i drwiny. Byłem tym bardzo zniesmaczony.

Z cmentarza udaliśmy się na Wzgórze Zamkowe. Marcin pokazał znowu swój charakter, bo bez odpoczynku chodził po stromych schodach na sam szczyt, gdzie był punkt widokowy. Pani przewodniczka z uznaniem i zdumieniem patrzyła jak sobie radzi i powiedziała, że jest niesamowity.

Następnie pojechaliśmy do trzeciego punktu wycieczki a był nim Archikatedralny sobór św. Jura. Zwiedziliśmy cerkiew zbudowaną w latach 1744-1772.

Po tak intensywnej wycieczce wróciliśmy na rynek i postanowiliśmy zjeść jakiś obiad. Wybór padł na Białego Lwa. Zamówiłem sobie Barszcz Ukraiński, Ela jakiegoś kurczaka, a Marcin pierogi. Pierogami najedliśmy się wszyscy :)
Po obiedzie ruszyliśmy w kierunku Opery. Niestety była zamknięta dla zwiedzających, a miejsca na niedzielę zajęte. Ale wiemy już, że bilety najlepiej wcześniej zamówić przez Internet i tak też zrobimy.
Krótki spacer uliczkami po Lwowie i na rynku lody, kawa, piwo.
Czuliśmy pewien niedosyt, więc postanowiliśmy przejechać się specjalnym pociągiem z wagonikami po Lwowie. Otrzymaliśmy słuchawki, wybraliśmy ojczysty język i w drogę. Za godzinną wycieczkę zapłaciliśmy 240 hrywien tj 37 zł za dwie osoby. Marcin miał za free.

Czuć było zmęczenie, więc postanowiliśmy traktować już wycieczkę typowo rozrywkowo, zwłaszcza że rozpoczynał się już jakiś koncert na rynku z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy. Kupiłem chałwę dla Nati. Z estrady zabrzmiał hymn Ukrainy. Wszyscy stanęli w skupieniu. My również, z szacunku dla ludzi którzy nas otaczali. Potem występy różnych zespołów z Ukrainy i innych państw. Doskonała zabawa. Zwróciłem uwagę Eli i Marcinowi, w jak wspaniały sposób Ukraińcy świętują niepodległość. Szacunek, zabawa, radość. U nas marsze, okrzyki, faszystowskie i rasistowskie hasła.
Będąc na rynku do północy, gdzie już ludzie byli pod wpływem alkoholu nie widziałem ze strony Ukraińców żadnej agresji, a okrzyk “Chwała Ukrainie!” może od jednego Ukraińca w barze, ale nie miał wielu naśladowców.
Jednemu tylko Polakowi nie spodobało się gdy blondynka szła z czarnym facetem i coś skomentował.

Podpitych polaków było sporo, ale większość z uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. Z niektórymi sobie podowcipkowaliśmy i był pełen luz. Na tyle osób, praktycznie żadnego większego incydentu. Chcieliśmy pójść na słynne żeberka do “Rebelii”, ale kolejka była potężna i robiono zapisy. Ale gdy z Arsenału wchodzili Polacy i krzyczeli, że nie warto i że przereklamowane, to odpuściliśmy :) Foto z kolejki za grillowanymi żeberkami :)

Po północy dotarliśmy na kwaterę, aby rano zacząć spacer. Wstaliśmy około ósmej i zjedliśmy śniadanie w pobliskim barze. Generalnie im dalej od rynku tym ceny nawet o połowę niższe. Za to kawa dobra wszędzie :)


Spacerkiem doszliśmy na “Pchli targ”. Po drodze wypiliśmy smaczne napoje i rozdzieliliśmy się na chwilę. Marcin usiadł na ławce i dawał jakieś relacje Agnieszce do Anglii. Zerknąłem na niego, a on rozmawia z jakaś kobietą. Podszedłem, a tu pani Irena przewodniczka nasza z soboty poznała Marcina i zagadała do niego :)
Bardzo miła kobieta polecam ją jako przewodnika i podaję namiary.

Na pchlim targu kupiliśmy prezenty dla Nati i sobie ukraińskie koszule. Następnie zwiedziliśmy fabrykę czekolady. Trzy poziomy różnych wyrobów czekoladowych, a na górze kawiarnia. Zamówiliśmy czekoladę pitną, naprawdę smaczną.

Żal było wyjeżdżać, ale trzeba było podjąć taką decyzję, bo nie wiadomo ile jeszcze spędzimy czasu na granicy.
U pani Luby wypiliśmy kawę i trochę politykowaliśmy. Poczęstowała nas plackiem, który upiekła z okazji dnia niepodległości i arbuzem.
Skosztowaliśmy też śmietany, która była bardzo smaczna o konsystencji masła. Dawno nie widziałem takiej śmietany.
Miała też dla nas jeszcze jeden przysmak, który zaczęła dla nas kroić, ale serdecznie podziękowaliśmy. Mówiła, że tego u nas nie ma i przez granicę nie możemy przywozić. Była to słonina…
Opowiadała nam o politykach, sytuacji na Ukrainie, Doniecku i tym, że są wdzięczni Polakom za wsparcie i że jako pierwsi zaprotestowaliśmy przeciw aneksji Krymu. Mówiła też, że zdecydowana większość waśni jakie dzielą obecnie nasze narody, to sprawa Rosjan i szczucie. Powiedziała, że u nich wybory wygrywają głównie oszuści, bogacze i karierowicze, a zwykli ludzie mają całkiem inne spojrzenie na sytuacje.
Rozmawialiśmy o Banderze, UPA, Wołyniu. Sporo rzeczy się dowiedziałem, nie ze wszystkimi zgadzałem, ale rozstaliśmy się w miłej atmosferze. Mam namiary jakby ktoś szukał noclegu. Jasne, że można w hotelach, ale skoro taki człowiek jak pani Luba ma okazję sobie dorobić, to dlaczego jej tego nie umożliwić? Dla niej to prawie połowa miesięcznej wypłaty przyjąć 3 ludzi na weekend. Za 2 noce zapłaciliśmy 240 zł a załatwiałem kwaterę dzień przed wyjazdem.

Powrót.
Wyjazd z Lwowa był równie hardcorowy jak wjazd, ale czułem się pewniej. Po drodze postanowiłem zatankować Peugeota do pełna, korzystając z ceny paliwa. Podjechałem pod dystrybutor zatankować E95, ale pracownik stacji chyba żartem powiedział, żebym podjechał na inne stanowisko bo tu jest spiritus. :)
Gdy podjechałem na to co mi wskazał, stoję i patrzę na niego, on na mnie. Mówię – mogę nalać? A on żebym najpierw zapłacił :) To ja, że nie wiem ile, bo do pełna chcę. Włączył mikrofon i powiedział do kasy, że do pełna na trójkę.

Trzy kilometry przed granica minąłem sznur samochodów, po prawej osobowe, po lewej tiry. Na nieświadomce pojechałem dalej do granicy myśląc, że pewnie tam mają jakiś problem, że stoją. Na granicy zapytał pan o karteczkę od policji. Mówię, że nie mam skąd mam wziąć? A on, że dwa km w lesie stoi policja i mi da.
No to kolejne doświadczenie więcej. Ustawiłem się na końcu kolejki przede mną jakieś 20 aut. Pytam kierowcy za mną, czy tak tu zawsze taka kolejką a on się śmiał, że to nie jest kolejka, kolejka to tam za zakrętem czasami jest i trafiłem na naprawdę dobry czas.


Tam staliśmy około godziny. Po otrzymaniu karteczki pojechaliśmy do granicy. Tam pieczątka i dalej. Kontrola pobieżna bagażnika, zapytanie czy mam alkohol, papierosy? – mówię że nie. Kontrola paszportowa i 2 godziny czekania aż po polskiej stronie się wyrobią.
Po naszej stronie kontrola paszportowa i kazał jechać na pas do kontroli bagażu. Tam celnik pytał czy mam papierosy, mówię, że pół paczki jeszcze mi zostało :). Spytał o alkohol – mówię, że nie mam. No to może paliwo mam? No mam, zatankowałem zbiornik – A ile się mieści do zbiornika? Mówię nie wiem może 40 litrów ale mam paragon. Uśmiechnął się i kazał jechać dalej.
Najdłużej staliśmy na granicy oczekując aż się nasi wyrobią. w Sumie 3 godziny. Podobno niezły czas.

Podsumowanie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zobaczyłem nawet 10% tego co powinienem i co mogłem, ale jak pisałem był to rekonesans co, jak i gdzie.
Marcin zakochał się w tym mieście i był szczęśliwy jak ja. Naprawdę fajnie spędzony weekend i tylko żal, że nie było z nami Nati. Z pewnością pojedziemy teraz pełnym składem, a może nawet z Agnieszką i Oskarem.

Wrażenia.
Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony Ukrainą, Lwowem i Ukraińcami. Dwa dni to niewiele żeby wyrobić sobie zdanie, ale nie spotkałem się z żadnym przejawem uprzedzenia czy złego potraktowania, a było widać, że jesteśmy Polakami, bo Marcin miał koszulkę którą otrzymał w prezencie od Michała Patera Ja z Polszy! – Autostopem“.

Przez cały ten czas otaczali nas mili ludzie, którzy we wspaniały sposób demonstrowali swój patriotyzm i miłość do swojego kraju. Jasne, że gdzieś są i skrajni nacjonaliści, faszyści, ale zjebów nie brakuje w każdym kraju. Trzeba po prostu unikać i nie słuchać ludzi, którzy szczują jednych na drugich. Trzeba pojechać, zobaczyć na własne oczy, poczuć.

Ceny.
O tym, czy jest drogo czy tanio mógłbym napisać gdybym się stołował w restauracjach w Rzeszowie, Krakowie lub Warszawie. Niestety nie mam porównania. Myślę, że ceny są podobne jak u nas i nieco mniejsze na rynku. Natomiast poza rynkiem w sklepach spożywczych i barach poza centrum, jest zdecydowanie taniej.
Za piwo w restauracji na rynku płaciłem 45 hrywien to jest jakieś 7 złotych. Cennik fajnej restauracji “White Lion” jest taki:

Komunikacja
Uber i Bolt jest tani i rozwiązuje temat. Byłem na to przygotowany. Na szczęście Marcin doskonale sobie dawał radę pieszo i nie korzystaliśmy. Nie polecam jeździć po Lwowie swoim autem :)

Ludzie
Wspaniali, przyjaźni i mili. Ukrainki są bardzo ładne :)

Wrócimy tam niebawem.

Piotr