Marcin

Jesteś moim bohaterem

Pomysł wyprawy w Bieszczady pojawił się znienacka. Połoniny przeszedłem razem w wujkiem Zbyszkiem prawie 30 lat temu, do dziś pamiętam ich piękne szczyty. Wiedziałem, że kiedyś tam wrócę, ale nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczałem, że zrobię to z synem. Nie czarujmy się, Marcin ma wysoki stopień niepełnosprawności i problemy z wejściem do samochodu, a co dopiero wejść na górę. Gdy mu jednak  to zaproponowałem, powiedział że OK – możemy spróbować…
Przez ponad tydzień ćwiczyliśmy kondycję. Spacery po 5 kilometrów, jazda w tandemie na rowerze 15 km.

Zaproponowałem Zbyszkowi wspólny weekend w Bieszczadach, powiedziałem o swoim pomyśle i że w razie czego potrzebuję kogoś, aby w trudnych momentach mógł pomóc. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, przekonany, że nie wiem, na co się porywam. Na fejsbukowej grupie „Bieszczady” spytałem o najlepszy szlak na Smerek, tam udzielono mi cennych wskazówek.

Plan był prosty. Przyjechać wieczorem do Wetliny, rozbić namioty, rano zdobyć Smerek, po południu pojechać do Cisnej i odpocząć. Niedziela – powrót.

Schody zaczęły się już w Nowej Sarzynie. W górach pada od kilu dni. Z informacji, którą uzyskałem, nie było ciekawie. Deszcz, błoto i ślisko. Okno pogodowe miało się pojawić od piątku po południu do niedzieli. Decyzja – jedziemy. W razie złych warunków – najwyżej zawrócimy.

Klimat Bieszczad czuć było już po przejechaniu przez San. W Wetlinie znaleźliśmy pole namiotowe PTTK, krótkie formalności (45 zł) i rozbicie namiotów przy rzece o dźwięcznej nazwie „Wetlinka„. Na kolację – przepyszne, pikantne skrzydełka przygotowane przez teścia i piwo. Marcin już był zachwycony widokami, klimatem i ludźmi, których łączyła wspólna pasja. Obudziłem się o 6 rano, zrobiłem sobie kawę na zakupionej wcześniej kuchence gazowej, usiadłem na krzesełku obok namiotu i obserwowałem wschód słońca. Śpiew ptaków i szum rzeki obok, nastrajał bardzo pozytywnie.

Marcin obudził się i poszedł do łazienki. Śniadanie z ciepłą herbatą i w drogę. Namioty zostawiliśmy rozłożone, żeby wyschły.
Podjechaliśmy uliczką Manhattan do granicy lasu, zostawiliśmy samochód i w drogę. Godzina 9:00 – wszędzie błoto, spływająca woda, śliskie kamienie. Po kilkudziesięciu metrach – punkt kasowy. Opłata 15 zł.

Szło się w miarę dobrze, powoli po błocie. Buty z dobrym protektorem nie ślizgały się aż tak. Lepiej było po błocie, niż po śliskich kamieniach, lub deskach, które od czasu do czasu się pojawiały. Zbyszek z przodu wybierał najlepsze miejsca, które miały być optymalne dla Marcina. Nie raz jednak wracaliśmy kilka metrów, aby ominąć trudności. Co 100 lub 200 metrów – krótki odpoczynek. Już wtedy wiedziałem, że za mało wody wzięliśmy, bo tylko dwie butelki litrowe. Nie wiedzieliśmy, ile jeszcze km do końca lasu ale odpaliłem GPS, który pozytywnie nas zaskakiwał, bo to „tylko” 1,5 km. Co chwilkę ktoś nas wyprzedzał z krótkim „dzień dobry” lub „cześć”. Zwyczaje się zmieniają, bo pamiętam, że turyści na szlaku mówili tylko „cześć”. Gdy nas wyprzedzali zauważyłem, że ukradkiem spoglądają na Marcina z niedowierzaniem.

Dotarliśmy do jakiejś altany i tam krótki odpoczynek. Z powodu zamknięcia szlaku żółtego trzeba było obejść kawałek, aby dostać się do Przełęczy Orłowicza. Szło się coraz trudniej. Marcin był zmęczony, ale bardzo zmotywowany. Doszliśmy do końca lasu. Jeszcze zostały nam do pokonania wysokie schody, i po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy słynną przełęcz.
Tam 15 minutowy odpoczynek, żeby pokonać sprawnie ostatni odcinek na Smerek. Marcin zapomniał czapki, więc owinął sobie głowę mokrą od potu koszulką i założył przewiewną, którą mieliśmy w zapasie. Na przełęczy mnóstwo turystów, grupy harcerzy, pary, starsze małżeństwa i samotni turyści.

Okazało się, że odcinek, o którym myślałem, że jest zwykłą ścieżką składał się z kamieni. Kamieni ostrych, nierównych i niebezpiecznych. Czasem tylko trochę udeptanej ścieżki, gdzie mogłem Marcina przestać asekurować, zrobić krótki film i zdjęcia. Ludzie na szlaku, widząc, jak sobie Marcin radzi, życzyli mu powodzenia, a niektórzy wyprzedzając go, dopingowali, mówiąc szeptem coś w stylu: „dajesz radę”, „już niedaleko, wytrzymasz” – to było piękne i motywujące.

Godzina 12:50 ostatnia prosta i jesteśmy na szczycie. Szliśmy cztery godziny. Zdrowy człowiek pokonuje ten dystans do dwóch godzin. Widzimy sporo turystów, ktoś jak nas zobaczył, od razu ustąpił miejsca na ławce. Przytuliłem Marcina mocno i pogratulowałem mu. Powiedziałem, że jest wielki i jestem z niego bardzo dumny. Dobrze że miałem ciemne okulary, to nikt nie widział, jak załzawiły mi się oczy ze wzruszenia.

Marcin zdjął buty, napił się wody i odpoczywał. Widać było, że jest bardzo szczęśliwy, ale z minuty na minutę coraz bardziej przerażony. Dotąd nie wiedział ile jeszcze ma do pokonania. Gdy dotarł na Smerek uzmysłowił sobie, ile trasy musi pokonać, aby zejść. Uspokajałem go, mówiąc, że zrobimy to powoli i mamy na to pół dnia. Bez dobrych butów, kijków i pomocy Zbyszka nie byłoby szans na pokonanie nawet kilometra drogi.
Na szczycie jeszcze, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i zaczęliśmy schodzić.

Ze szczytu Smreka na przełęcz Orłowicza schodziliśmy 50 minut. Zbyszek asekurował Marcina z przodu, podając mu rękę przy stromych odcinkach. Ja cały czas trzymałem go za koszulkę, żeby wiedział, że za nim jestem i gwałtownie nie przechylił się do przodu. Ludzie, widząc, jak schodzimy, byli zdziwieni, jak on tam w ogóle wyszedł. To było bardzo trudne i niebezpieczne, co kilkanaście metrów – odpoczynek. Musieliśmy też często ustępować turystom, którzy szli normalnym tempem. Wtedy po raz pierwszy Marcinowi poślizgnęła i zaklinowała się noga pomiędzy kamieniami. Złapałem go mocno, Zbyszek szybko podbiegł i go przytrzymał. Na szczęście nic się nie stało, tylko ułamał się kijek. Wtedy ja zacząłem mieć wątpliwości, czy zachowałem się odpowiedzialnie, zabierając go na taką wędrówkę. Uzmysłowiłem sobie, że gdyby skręcił nogę, to tylko helikopter mógłby pomóc, aby znalazł się na dole. Zdałem sobie sprawę, jak wiele wysiłku musiał włożyć, aby wyjść na szczyt i ile musi teraz, aby z niego zejść.

Odpoczynek na Przełęczy Orłowicza, próba naprawienia kijka i w butelce mniej niż pół litra wody. Powoli schodziliśmy z grani do lasu. Po dotarciu schemat ten sam. Ja z tyłu, Marcin w środku, Zbyszek na przodzie. Turyści, widząc nas, proponują pomoc. Raz z niej skorzystaliśmy, ale jednak schemat który obraliśmy był lepszy. Znowu zepsuł nam się kijek, spłaszczyłem końcówkę kamieniem i pewniej zamocowałem. Dotarliśmy do Altany. Marcin wypił resztę wody i zjadł batona energetycznego.

Kryzys..

Do celu jeszcze jakieś 1,8 km, w dół po błocie, korzeniach i tych nieszczęsnych kamieniach. Wyprzedziła nas grupa osób odmawiająca głośno różaniec. „Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna..” poczekałem aż nas wyprzedzą. Wolę skupić się na Marcinie niż na modlitwie. Coraz częściej chłopak musi odpocząć. Zbyszek mówi, że nie może długo, bo będzie coraz gorzej. Do samochodu niecały kilometr. Za nami jakaś grupa, w której facet, głośno opowiada historię o jego ciotce w mieście, która miała problem  i o tym, jak sobie z nim poradziła.
Powiedziałem Marcinkowi, żeby poczekał, bo nie zniosę tego pieprzenia, już wolę słuchać tych od różańca. To zastanawiające, ale przez całą trasę, rozmawialiśmy tylko o górach, wytrwałości, o tym co nas czeka, o twardym charakterze. Wszystkie inne problemy zostały na dole, a tu liczyły się tylko góry.

Wolałem już nie patrzeć na GPS, nie chciałem wiedzieć ile nam zostało drogi, ale rozpoznawałem miejsca gdzie odpoczywaliśmy idąc pod górę. Wiedziałem, że lepiej Marcinowi schodzić, gdy się do niego mówi, bo skupia się wtedy na rozmowie, a nie na trudnościach. Szliśmy jednak w milczeniu. W końcu Marcin mówi:
Nie dam rady tato już, nie czuję nóg, nie czuje niczego. Nie dam rady. – Wiedziałem że to kryzys, zawołałem Zbyszka i mówię: STOP. Musi odpocząć.. Marcin usiadł na ściętym drzewie i nie mówił nic. Patrzył tylko przed siebie. Milczeliśmy razem dłuższą chwilę, w końcu powiedziałem:
Wiem, że jesteś silny, wiem też, że wytrzymasz jeszcze kilka zakrętów. Tam będą schody, później jeszcze 2 zakręty i już punkt kasowy, a potem już naprawdę blisko. Wyjdziemy z lasu i zobaczymy samochód. – Skinął głową i powolutku poszliśmy dalej.

Pokonał schody, jeszcze kawałek i zobaczyliśmy ten punkt kasowy. To był wyznacznik, że już jesteśmy prawie na samym dole. Zabraliśmy Marcinowi kijki i wzięliśmy go pod ramiona. Nie tylko nogi go bolały, ale też ręce od trzymania kijków i obciążenia. Powoli, krok po kroku, zaprowadziliśmy go do samochodu.
Gdy usiadł w samochodzie, napił się wody to odzyskał siły. Już uśmiechał się. Zobaczyłem z dołu szczyt Smereka i nie mogłem uwierzyć w to co zrobiliśmy. Spojrzałem na zegarek, była 17:00.

 

Podsumowanie…

Gdybym wiedział wcześniej, jaka droga nas czeka, i jakie trudności musi mój syn pokonać, na pewno nie odważyłbym się na wyjście z nim na Smerek. Marcin, gdyby wiedział, jak daleko jest szczyt, też by się nie zdecydował. Tylko nieświadomość ile jeszcze trzeba iść, i nadzieja, że cel już jest blisko, pozwoliła nam na zdobycie tej góry. Teraz jednak, kiedy widziałem jego walkę, jego upór i twardy charakter, zrobiłbym to z pewnością jeszcze raz. Marcin po powrocie do domu powiedział, że kiedyś jak będzie, sucho zrobi to ponownie.

Pojechaliśmy złożyć namioty i do Cisnej na kolację. Meldunek na polu namiotowym. W słynnej „Siekierezadzie” Marcinowi zamówiłem jedzonko, chwila na festiwalu i do namiotu gdzie od razu zasnął.
W niedzielę śniadanko, odwiedziny u dalszej rodziny, obiadek w postaci pierogów, wspólne zdjęcia i do domu.

 

O tym, czego tak naprawdę dokonałeś Marcin, wie tylko nasza trójka – Ja, Ty i Zbyszek. Wszyscy ci, którzy znają Ciebie i Twoje problemy i wiedzą jak wygląda żółty szlak z Wetliny przez Przełęcz Orłowicza w takich warunkach, mogą powiedzieć, że dokonałeś niemożliwego. Ci, którzy widzieli Cię na szlaku, byli pełni podziwu doceniając Twój mocny charakter.

Jesteś moim bohaterem.

nastrzech

 

Film z wyprawy:

Podium

Moja Mistrzyni Europy

Po miesiącu mogę już na chłodno ocenić walkę Natalii w finale Mistrzostw Europy Karate Kyokushin w Łańcucie.

Już wcześniej wiedziałem, z kim będzie walczyć. Białorusinka była naprawdę dobrą i wymagającą zawodniczką. Ekaterina Yushkevich – mistrzyni Ukrainy, Rosji, Japonii i wicemistrzyni świata z 2016 roku. Wyższa wzrostem i stopniem, bardziej doświadczona i wysportowana.

Jak to przed walką bywa, za dużo z córką o tym nie rozmawiałem. Mój stres jej się udziela i może popełniać błędy. Byłem jednak przekonany, że jest jak Pudzian, który tanio skóry nie sprzeda.

W związku z tym, że nagrywałem, mogłem być blisko maty i widziałem wszystko w miarę dokładnie. Marcin nagrywał walkę z drugiej kamery. W kolejnym dniu oglądaliśmy wszystko z trzech kamer, bo była jeszcze zarejestrowana transmisja live.

Pierwszy kontakt:

Walka była bardzo wyrównana i bez punktów, ale z upomnieniami.

Pierwsze 2 minuty walki. Było naprawdę ciężko. Ekaterina stosowała swoje standardowe przewrotki, próbując zaskoczyć Natalię – bezskutecznie. Próbowała jeszcze kilka razy, w końcu – chyba zauważyła, że to nie zadziała. Standardowa wymiana ciosów i kopnięć. Natalia stoi stabilnie i nie cofa się. Po dwóch minutach intensywnej walki trzech sędziów wskazało na remis, jeden na wygraną Białorusinki. Remis.

Dogrywka.

Natalia – widać, że się rozkręciła, łapała tempo i zadawała skuteczne ciosy, które osłabiały Białorusinkę. Po minucie wyraźnie przystąpiła do ataku. Wymiana ciosów i Białorusinka wykonuje faul na Natalii. Została uderzona w krtań, a takie uderzenie jest niedozwolone. Ekaterina dostała upomnienie tzw. „chui ichi” bez utraty punktu i skończyła się dogrywka.
Sytuacja się trochę zmieniła. Jeden sędzia wskazał na wygraną Nati, trzech sędziów na remis.

Remis.

O wygranej miała zadecydować waga zawodniczki. Ta, która ważyłaby o 3 kg więcej – przegrywa walkę.
Waga jednak nie wskazała zwycięzcy.

Dogrywka.

Kolejne 2 minuty. Nati twardo ruszyła do ataku. Wiedziałem, że ma kondycję i jest uparta. Wiedziałem, że im więcej walk, tym staje się silniejsza i wiara w wygraną dodaje jej dodatkowej energii, ale mój zawał był całkiem blisko. Białorusinka chciała wygrać za wszelką cenę, zrobiła kilka przewrotek, co mogło być już uznane za unikanie walki. Natalia była konsekwentna, robiła ciągle to samo. Uderzenia i kopnięcia na tyle skuteczne, że musiało to osłabić przeciwniczkę. Kolejny faul na Natalii. Uderzenie w szyję. Białorusinka dostała kolejne upomnienie, bez utraty punktu. Walka była wyrównana. Pod koniec Ekaterina przyspieszyła, ale nieskutecznie.

Czekaliśmy na werdykt sędziów.

Trzech wskazało na Natalię, jeden na Ekaterinę. Sędzia główny ogłosił wygraną Natalii!

Mamy Mistrzostwo Europy!

W konkurencji Kata w finale Nati przegrała z Rumunką Andreeą Sirghe. Oprócz medali, Natalia otrzymała puchar dla najlepszej zawodniczki z Miasta i Gminy Nowa Sarzyna od posła na sejm Jerzego Paula i puchar – specjalne wyróżnienie za waleczność – „Young Lioness” (Młoda Lwica).

Cieszyłem się jak dziecko. Ta wygrana, to doskonałe podsumowanie kariery w kategorii Juniorek. Natalia za kilka dni skończy 18 lat i zostanie seniorką. Jestem przekonany, że jeszcze dostarczy nam wiele wrażeń i nie raz stanie na podium. Chciałbym z tego miejsca podziękować serdecznie sensei Darkowi, Bacy, Ogarowi, Szalkowi i Izie za cenne wskazówki i pomoc na treningach.

Podium. Widziałem ją wiele razy na pierwszym, drugim, czy trzecim miejscu. Pierwszy raz jednak usłyszałem Hymn Polski zagrany tylko dla niej. Bardzo się wzruszyłem. Dzięki, córeczko, zasłużyłaś sobie na to mistrzostwo.

Na walkę finałową przyjechała babcia z mamą, na miejscu osobiście pogratulował Natalii radny z Nowej Sarzyny Robert Sądej.

 


 

Szkoła

Pomóżmy szkole uzyskać dofinansowanie

Mała prośba. Zajmie to kilka minut a pomoże szkole w Sarzynie uzyskać dofinansowanie na tzw. „Podwórko Talentów Nivea”.

Szkoła Podstawowa im. ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Sarzynie zgłosiła lokalizację w konkursie „Podwórko Talentów Nivea”. Aby uzyskać dofinansowanie potrzebują naszych głosów. Naprawdę warto poprzeć ten projekt.

Aby zagłosować trzeba:

  • Wejść na stronę https://podworko.nivea.pl.
  • Założyć konto.
  • Głosować na stronie lub poprzez aplikacje mobilną.
  • Znaleźć lokalizację: województwo podkarpackie, powiat leżajski, miejscowość Nowa Sarzyna (pokaże się lokalizacja Sarzyna 1265). Bezpośredni link: https://podworko.nivea.pl/ranking?provi … wa+Sarzyna
  • Najlepiej zagłosować codziennie
  • Dziennie można oddać 1 głos. Głosowanie trwa do 21 czerwca 2018r.Bardzo prosimy o mobilizację! Zachęćcie znajomych, sąsiadów, rodzinę. Mamy piękny wyrównany plac, który możemy wspaniale zagospodarować!

    Czarek Kolano przygotował film promujący lokalizację: