Już w piątek wiedziałem, że będzie inaczej. Dokoła było sporo śniegu i chyba jeszcze w nocy coś dosypało. Mimo tego, ze to dla mnie już ósmy raz to czułem, że tym razem będzie naprawdę ciekawie.
W sobotni ranek obudziłem Natalię, bo obiecała porobić kilka fotek dla zmarzluchów. Po drodze zgarnąłem Szalka i pojechaliśmy na basen.
Rundka dokoła boiska, żeby się rozgrzać przed wejściem do lodowatej wody. Staram się przestrzegać zasad, przekazanych mi przez doświadczonych kolegów.
- „Nie lubię, nie lubię!” – słychać było głosy wśród niektórych morsów, niczym przygotowanie krasnoludków przed wejściem w Kingsajz. Faktycznie najgorsza chwila, to właśnie ta. Seq już rozebrany i przygotowany, czekaliśmy chyba jeszcze na Luisa.
- No panowie zbierać się, idziemy! – poganiała Magda, jedyna kobieta w tym towarzystwie.
Podbiegliśmy do drabinki. Nie wiedziałem czy wchodzić, zaczynałem mieć blokadę. Widok zamarzniętej wody zaczął oddziaływać negatywnie na moją psychikę.
- Szybciej, szybciej wchodzimy – pilnował wszystkich Naczelny Mors. Wszedłem powoli, oddychając głęboko jak Lord Vader.
Warstwa lodu jednak nie była tak gruba jak mogłoby się wydawać, pękała pod naciskiem rąk. Zrobiłem sobie więcej miejsca krusząc lód. Koledzy już w wodzie, jak zwykle żartowali sobie jeden z drugiego.
Po kilku minutach wychodzimy, robimy truchtem rundkę wkoło basenu i znowu do lodowatej wody. Naczelny dokonał pomiaru temperatury wody i oznajmił, że wynosi 2 st. Celsjusza. Fahrenheita to coś około 35,6
Natalia robiła zdjęcia raz jednym, raz drugim aparatem. Przed czwartym, ostatnim wejściem do wody zrobiliśmy sobie wspólną pamiątkową fotkę.
Zawsze podobało mi się ostatnie wejście. Nie czuć wcale zimna i jest nawet przyjemnie. Trzeba jednak uważać, żeby nie przesadzić.
Ten moment lubię najbardziej, no i tę euforię przy wychodzeniu i wycieraniu się.
Nie wiem jak na innych, ale na mnie morsowanie wpływa bardzo dobrze. Przez cały dzień czuję się pełen energii z wrażeniem , że mógłbym przestawiać góry. Pozdrawiam wszystkich morsów. W sobotę znowu się spotkamy.
Nie omawiam spraw firm, w których pracuję, publicznie. Po pierwsze, jestem lojalny wobec swoich pracodawców a po drugie, nie jestem do tego upoważniony. Trudno jednak nie wspomnieć, że sprawa ma spory związek z moją pracą.
Przyszedł dziś do mnie sąsiad, który właśnie przechodzi na emeryturę i robi w piątek spotkanie pożegnalne ze swoimi współpracownikami. Spotkanie, na które jestem zaproszony. Przyszedł z informacją, że dostał pismo z Urzędu Kontroli Skarbowej o niejasnej dla niego treści: była to odpowiedź z podziękowaniem za informację i wyjaśnieniem, że sprawa będzie rozpatrywana.
Niestety pomimo, że pismo dostał wcześniej, dopiero dzisiaj miał czas pojechać do Rzeszowa i wyjaśnić nieporozumienie, ponieważ nie kontaktował się wcale z Urzędem Kontroli Skarbowej.
W Urzędzie pokazano mu donos i kopertę, na której było jego imię i nazwisko jako nadawcy a także dokładny adres zamieszkania. Sąsiad to poczciwy człowiek; mało nie zasłabł, gdy przeczytał pismo, które rzekomo to on miał wysłać.
W piśmie oskarżono mnie, że jestem oszustem, złodziejem i ukrywam lewe dochody. Że okradam swoją firmę, a z ukrytych dochodów i kradzieży wybudowałem sobie dom. Wytknięto, że w sprawę zamieszana jest moja rodzina i temu podobne bzdety. Pismo zostało wysłane 3 sierpnia z Urzędu Pocztowego w Rzeszowie. Jeżeli chodzi o ścisłość, to były dwa pisma i dwie koperty. O drugim dowiedziałem się wcześniej, a miało obciążać również innych. Oba zostały wysłane w tym samym czasie, ale na mnie było dodatkowo jedno osobne.
To, że ludzie potrafią być podli, wiem nie od dziś. Jakoś się specjalnie nie przejąłem. Oczywiście zrobiło się mi trochę przykro, ale nie robię z tego wielkiego „halo”. Pewnie bym się przestraszył, gdybym coś miał na sumieniu i nie potrafiłbym wykazać i udokumentować źródeł swoich dochodów. Żona jako dyplomowana księgowa i dobra ekonomistka skrupulatnie rozlicza nas, płaci wszelkie podatki i zbiera na wszystko faktury.
Czy mam aż takich wrogów, że potrafią dopuścić takich oszczerstw i pisać na mnie paszkwile i donosy?
Pewnie mam, nie ukrywam tego. Jestem człowiekiem raczej kontrowersyjnym, otwartym, bezpośrednim i na pewno naraziłem się kilku osobom. Problem w tym, że ludzie, z którymi jestem w jakimś konflikcie, to zazwyczaj ludzie z klasą.
Co to znaczy? To znaczy, że są to ludzie wartościowi, ludzie z zasadami. Godni przeciwnicy do wszelkiego rodzaju sporu na różnych płaszczyznach. Prawie żaden z nich nie potrafiłby być taką szują, żeby robić takie świństwa. Więc drogą dedukcji nietrudno było mi się domyślić, kto to zrobił.
Co ciekawe, osoba ta wie już od kilku tygodni, że ja wiem… Czy coś z tym robić? Nie ma sensu. Wystarczy, że ma taką świadomość.
Nie rozumiem tylko jednej rzeczy w tej sprawie. Można żywić do kogoś uraz, nie cierpieć kogoś, czuć nienawiść.. No OK. Mógłbym zrozumieć, bo jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy takie czy inne błędy. Nie rozumiem tylko tego, dlaczego w tę sprawę został wciągnięty mój sąsiad?
Ten przestraszony, bogobojny człowiek, który w życiu muchy by nie skrzywdził. Jemu jest wstyd i jest rozgoryczony, jak ktoś mógł tak postąpić i wpisać go jako nadawcę. Uspokoiłem go, że wierzę, że to nie on i nie mam do niego żadnych pretensji.
Troszkę mnie to niepokoi, ale nie jestem panikarzem, więc na policję nie zgłaszałem. Po głębszym zastanowieniu, postanowiłem jednak o tym napisać.
Kilkanaście dni temu, obok mojego nowego domu na osiedlu Janda, przejechał bardzo powoli samochód marki VW Bora (srebrny metalik). Jechał tak powoli, że zapamiętałem pierwsze cyfry tablicy rejestracyjnej. Myślałem, że to do sąsiadki, bo zniknął mi z oczu zaraz za rogiem jej ogrodzenia. Tam się zatrzymał.
Rozmawiałem później z sąsiadką, która powiedziała mi, że kierowca dziwnie się zachowywał. Wyszła z domu, bo pomyślała, że to ktoś do niej. Ten jednak, gdy ją tylko zobaczył, wsiadł szybko do samochodu i odjechał. Zdążyła jednak wcześniej zauważyć, że mężczyzna fotografował mój dom z ukrycia.
Gdyby ten ktoś miał uczciwe zamiary, to przecież mógł podejść, zapytać i pewnie dałbym mu dane domu, lub udostępnił jakieś inne informacje. Fotografując z ukrycia i bez pozwolenia, zachował się jak podglądacz.
Nie boję się o siebie, ale mam małe dzieci a tyle się ostatnio mówi o pedofilach, czy innych zboczeńcach. Może to jakiś złodziej? A może ktoś miał podobny przypadek, że podejrzany typ jeżdżący Volkswagenem fotografował jego posesję? To chyba całkiem normalne nie jest.
Więc na wszelki wypadek zostawiam ten wpis. Gdyby miało się coś stać a oby się nie stało nic złego, to będzie jakiś ślad, że zapamiętałem coś niepokojącego. Numer rejestracyjny samochodu (kilka cyfr), jest zapisany w bezpiecznym miejscu i mam świadka tego zdarzenia, który widział i z pewnością rozpoznałby kierowcę.
Zainwestuję jednak mimo wszystko końcem roku w monitoring, a gdy zobaczę jeszcze w pobliżu ten samochód, to wtedy zgłoszę na policję, udostępnię tu nagranie i podam numer rejestracyjny.
Chodzi mi o Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Burmistrz Robert Gnatek z tego co pamiętam, podziękował za długoletnia pracę kierowniczce, pani Grażynie Gąsce i konkurs na to stanowisko w grudniu 2009 roku, „wygrała” pani Marzena Babiarz z Rakszawy.
Spora grupa ludzi nawet na sarzyńskim forum zarzucała burmistrzowi Gnatkowi, że zatrudnia osoby spoza naszej gminy. Pretensje były o Dyrektora Ośrodka Domu Kultury, że z Giedlarowej a nie z gminy Nowa Sarzyna, że vice burmistrz z Leżajska, Dyrektor Gospodarki też z Leżajska itp.
Uzasadniali swoje pretensje tym, że na pewno w naszej gminie znalazłyby się osoby, które mogłyby sprawować te funkcje.
O tym, że konkursy na stanowiska w naszej gminie i jednostkach pomocniczych to fikcja pisałem już wcześniej, bo z góry wiedzieliśmy kto na przykład będzie Sekretarzem Urzędu i to dużo wcześniej, przed ogłoszeniem konkursu na BIP przez burmistrza Jerzego Paula
Nagle, z niewiadomych przyczyn, pani Babiarz z Rakszawy nie jest już dyrektorem MOPS i burmistrz ogłosił kolejny konkurs. Nie wiedziałem czym jest to uzasadnione, ale może znalazł na to stanowisko osobę kompetentną właśnie z Nowej Sarzyny.
Niestety dziś zobaczyłem, że do konkursu oprócz Bożeny Nietrzeby startuje również niejaki pan Mirosław Przewoźnik z Kielanówki. Nie tylko nie z naszej gminy, ale nawet nie z naszego powiatu!
Pan Przewoźnik z tego co znalazłem w sieci, był dyrektorem Wydziału Polityki Społecznej Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie za rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Wielokrotnie zapraszany przez polityków PiS na spotkania jako ekspert do spraw polityki społecznej. Wygłaszał prelekcje na tematy takie jak „Fiaska polityki społecznej rządu koalicji PO-PSL” itp. Typowy polityk działający dla „jedynie słusznej partii”: http://www.jaslo4u.pl/falszywe-obietnice-rzadu-donalda-tuska-newsy-jaslo-11475
Kto wygra konkurs? Pani Bożena Nietrzeba z Nowej Sarzyny, czy pan Przewoźnik z Kielanówki? Rozstrzygnięcie jutro…
Kiedy dowiedziałem się, że mam pomagać przy organizacji Międzynarodowego Turnieju Karate „IKO Galizia CUP” ucieszyłem się, bo chciałem w miarę swoich możliwości brać czynny udział w życiu klubu. Mam tam wielu kolegów, a zawsze było mi miło być wśród tych, którzy mają zapał i robią coś dla innych bezinteresownie. Leżajski Klub Kyokushin Karate bardzo dużo dobrego robi dla dzieci i młodzieży, a i starsi mogą potrenować, osiągając niezłe wyniki. Do treningów przygotowywałem się też sumiennie, biegając i zrzucając z siebie kilkanaście kilogramów zbędnej nadwagi.
W piątkowy wieczór przygotowaliśmy salę układając stoliki, rozwieszając banery itp. Później krótkie spotkanie przy frytkach i piwie w Ravioli, umówienie się kto z kim jedzie itd. W sobotni ranek przebiegłem tradycyjnie ponad 7 km, powiedziałem Marcinowi, żeby mnie odwiedził, spakowałem netbooka i zabrałem się z kolegami do Leżajska.
Pierwszy raz byłem na takim turnieju. Starałem się pomagać jak tylko potrafię, ale ogólnie zaznajamiałem się z całą tą organizacją, żeby na następny raz wiedzieć co i jak.
Młodzież, już przebrana w kimona, rozgrzewała się na boku sali. Było jakieś opóźnienie, ale jak zwykle spowodowane tym, że ktoś nie dojechał, ktoś podał omyłkowo błędna wagę lub nie zgadzały się nazwiska. Gdy koledzy uporali się z problemem, rozpoczęło się kumite (walki) seniorów.
W powietrzu czuć było adrenalinę, która udzielała się chyba każdemu. Sam bym chciał wskoczyć na matę, chociaż wiem, że szybciej bym z niej dosłownie wyleciał.
Obiecałem sobie i kolegom, że kiedyś spróbuję wziąć udział w takim turnieju jako zawodnik i o ile sam z siebie się nie śmiałem, to u kolegów wywołałem ataki śmiechu połączone z politowaniem i niedowierzaniem, czy jestem aż tak głupi, czy sobie czasem jaj z nich robię. Może to i jest śmieszne, ale lubię stawiać sobie jakiś cel i do niego dążyć.
Ela przywiozła Marcinka i Natalię. Posadziłem ich na krześle i powiedziałem im, że jak nie będą przeszkadzać nikomu to mogą sobie poobserwować. O ile Marcin łyka wszystko, co związane z karate i kung fu jak młody pelikan, to Natalia traktuje to jako ciekawostkę z Teleexpressu i tyle co Teleexpress trwa jej zainteresowanie sztukami walki. I tak sobie myślę, że jak by jakaś Demi Lovato lub Justin Bieber trenowali, to i moja córka by się tym zainteresowała. Marcin już ma kimono i na razie przez rok będziemy ćwiczyć sami postawy, bloki i rozciąganie. Zapał ma niesamowity.
Obiecałem Marcinowi, że zrobi sobie zdjęcie z najlepszym zawodnikiem z naszego klubu i poprosiłem przemiłą piętnastoletnią Izę o fotkę. Przystała z ochotą i zapozowała z bardzo zadowolonym Marcinem do zajęcia. Po południu okazało się, że Iza zdobyła tytuł najlepszej zawodniczki turnieju.
Wiem, że trening karate oferuje nabycie przez dzieci dobrych cech charakteru, a nie tylko sprawność fizyczną i umiejętność walki. Wielu dorosłych karate kojarzy z bijatyką i łamaniem desek gołą ręką. Nie wiedzą, że to też umiejętność współżycia z grupą, umiejętność koncentracji, opanowanie i dyscyplina. Karate też jest dobre na skoliozę.
Szalek, Pajda i Piotruś instruowali mnie co i jak w przepisach. Dlaczego sędziowie podejmują takie i nie inne decyzje i co oznaczają ich wskazania i komendy. Dla kogoś, kto nie jest w temacie, może wydawać się np. dziwne, dlaczego Paweł rzuca co kilka minut na matę woreczek, a ukraiński sędzia podnosi go i odrzuca Pawłowi.
Zacząłem kibicować naszym zawodnikom z klubu, a szczególnie tym z Nowej Sarzyny. Maćkowi, niestety, tym razem nie poszło za dobrze, ale to zdolny chłopak i nieraz udowodnił, że stać go na wiele. Miał pewnie zły dzień i tyle.
Iza za to pokonała swoje konkurentki i byłem w lekkim szoku, podziwiając jej walkę. Może się to wydawać dziwne, ale widziałem to po raz pierwszy z tak bliska i szokowało mnie, jak miła piętnastolatka z ładną buzią uderza z poświęceniem i pełnym zaangażowaniem rówieśniczkę na przemian i ręka i nogą. Do tego wszystkiego kątem oka obserwowałem jej mamę, która kibicowała głośno:
- Mae geri, Iza, mae geri! Dawaj! Stać Cię na więcej!.
Podobało mi się to bardzo i szkoda mi się zrobiło, że moja mama nigdy nie instruowała mnie, jak mam komuś kopa załadować
Walki dzieci były bardzo widowiskowe. Widać było spore umiejętności kilkunasto- i kilkulatków.
To, co jeszcze utkwiło mi w pamięci, to inauguracja Turnieju. Wszyscy karatecy wkroczyli na salę, gdzie odbyło się uroczyste otwarcie. Swoją obecnością zaszczycił poseł Zbigniew Rynasiewicz, który ufundował nagrody podobnie jak starosta Jan Kida. Sensei recytował przysięgę Dojo, a każdy jej punkt Iza powtarzała po japońsku.
Robiło to wrażenie i można było poczuć powagę sytuacji i poszanowania tradycji.
Generalnie jestem bardzo zadowolony z soboty. Oprócz tego, że zobaczyłem i zapoznałem się z całym schematem turnieju od środka, to poznałem naprawdę fajnych ludzi z Leżajskiego Klubu KyokushinKarate.
Zapraszam na treningi – można się jeszcze zapisać. Polecam z czystym sumieniem. Szczegóły na www.karate.lezajsk.pl.