Wehikuł Czasu
Maj 4th, 2012 Posted in Nowa Sarzyna, Pit, Wehikuł czasu | 1 komentarz »
Uruchomiłem nową kategorię. Mam zamiar trochę powspominać :) Z nadzieją, że koledzy i koleżanki nie będą mieli mi za złe. Zacznę od muzyki, bo najłatwiej.
Muzyka towarzyszyła mi już od podstawówki.
Nie pamiętam większości dat, nie pamiętam wszystkich twarzy. Doskonale jednak, mogę sobie przypomnieć z kim i o czym rozmawiałem, słuchając teraz jakiegoś utworu, sprzed nawet.. 25 lat.
„Póki o tym wiem, póki wiedzieć chcę” rozbrzmiewało dosyć często na moim szpulowym, czterościeżkowym ZK-140T. O szpulowym stereofonicznym magnetofonie, którego widziałem za szybą sklepu muzycznego, pod Bramą Opatowską w Sandomierzu, mogłem tylko pomarzyć. Magiczny srebrny napis HI-FI oznaczający najlepszą jakość, spędzał mi sen z powiek.
Dwa Plus Jeden – „Requiem dla samej siebie”

Nawet w 1982 roku, przy majowym słońcu w Nowej Sarzynie, gdy obserwowałem peleton rowerzystów z Zakładów Chemicznych po godzinie 15:00, z 3 piętra hotelu robotniczego nr 2, pamiętam jak w radio Izabela Trojanowska śpiewała „Wszystko czego dziś chcę”. W podstawówce kończyło się lekcje około 13:00, dwie godziny oczekiwania na rodziców i obiad, najczęściej zabijało się nudę słuchając muzyki.
W tamtym czasie, każdy kto chciał być „trendy”, musiał mieć swoją teczkę w kiosku. Kto był już bardzo „na czasie” to miał zapinaną na gumkę i metalowe haczyki, ale większość kolegów miała szare, sznurowane.
Cała akcja polegała na tym, że na teczce napisane było nazwisko i spis gazet, jakie pani w ruchu odkładała do teczki. Najczęściej były to gazety z plakatami piosenkarzy, rzadziej aktorów. Z tym, że plakat to zwykle środkowe dwie strony, które po rozłożeniu prezentowało się super na ścianie w pokoju. Nie wszystkie gazety jednak wędrowały do teczek.
Na topie były takie gazety jak „Razem” i „Zarzewie”. Kolejka była nieraz po 10 fanów, a miejsca można było załatwić jak się jakiś kolega za fant zamienił.
Najczęściej stałem w kolejce, w kiosku na skrzyżowaniu, gdzie obecnie jest rondo. Ja, ŚP. Wojtek Szczekot, Jasiu Ner i reszta ekipy. Dzień, w którym pokłóciłem się z Wojtkiem o „Zarzewie” utkwił mi w pamięci. Były tylko 2 gazety, ja byłem drugi a Wojtek trzeci. Wielką niewiadomą było to, jaki zespół będzie na plakacie. Liczyliśmy na plakat TSA. Miałem nie brać, ale wziąłem. Okazało się, że zamiast TSA był BANK, trochę obciach jak na tamte czasy. Obciach i złamanie zasad.
Nie mogę sobie przypomnieć, jak długo trwał ten szał na plakaty, ale był on tak samo ważny jak prospekty. To był dopiero szpan. Zbierało się adresy zagranicznych firm, wysyłało się kartki, listy z prośbą o gadżety lub prospekty. Najczęściej w języku angielskim, o którym nie mieliśmy bladego pojęcia.
Coś się tam kombinowało: „DEAR SIR, My name is John, I am very interested your firm, please catalog and..”. Fama poszła, że jak się podpisze jako Amerykanin, to wysyłali lepsze i więcej. Najczęściej wysyłali prospekty z aparatami, samochodami, nowościami technologicznymi. Jak ktoś dostał naklejkę, smycz lub coś fajnego, to miał szacun i poważanie wśród kolegów. Podobni byli tacy, co dostali paczkę z dresami, lub koszulką zespołu piłkarskiego. Adaś Grabowski taki traf miał. Zdobyć wtedy taki adres, graniczyło z cudem. Staszek Bilski wpadł na pomysł, żeby pisać do ambasad. Działało.
Niezłym cyrkiem był odbiór tych przesyłek. Wiadomo, że listonosz tego nie udźwignął, zresztą kto by tam czekał na listonosza. Kilkadziesiąt uczniaków wchodziło do poczty a tam często sam naczelnik wyczytywał odbiorców. Kto dostał najwięcej przesyłek to był oblegany, z propozycją wymiany adresów. Trzeba było kombinować.
Im człowiek starszy, tym bardziej ambitniejszej muzyki słuchał. Perfekt, Lady Pank, Maanam. Na topie później jednak była muzyka bananowa. Wiadomo, na dyskotekach rocka nie puszczali a w tle rozbrzmiewało Italo Disco lub Modern Talking.
Numery Acapulco i Suzana były przebojami wakacji. Nikt jednak, nie przyznawał się do słuchania CC Catch, lub Bad Boys Blue. Każdy chciał być kimś lepszym i mówił, że słucha The Beatles czy Rolling Stones. No słuchało się…

W siódmej, lub ósmej klasie robiliśmy z Mirkiem, Arturem i zdaje się Tomkiem głosowanie na kartkach, która dziewczyna jest najładniejsza w klasie. Wytypowaliśmy cztery. Elka, Dorota, Bożena i Monika. Każdy napisał inicjały na kartce i wrzucił do piórnika. Wynik? Na każdej pisało D.M. Dorota wygrała. Do dziś o tym nie wie…
To jednak nie był czas, w którym interesowaliśmy się dziewczynami. Muzyka, sport, bijatyki -tym żyli rówieśnicy. Swoją drogą, chciałbym wiedzieć jak się niektórym w życiu poukładało. Mirek Mołdoch, Piotrek Szymula, Krzysiek Gąsior. Z tymi, co są w Sarzynie, jakiś kontakt mam do dziś. Nigdy nie udawałem, że kogoś nie poznaję.
Sport nie był moją mocną stroną. Przy takich gościach jak Staszek Budnik, który grał w reprezentacji siatkówki, lepiej się kibicowało. Czasem zagrało się w nogę, rzadziej w kosza. Pływałem nawet nieźle, ale dla siebie. Byłem też dobry w tenisa stołowego. Doszedłem do tego jednak, tak jak Forest Gump, ciągłym powtarzaniem. Mieszkając sześć lat w hotelu robotniczym, z nudów grało się w piwnicy w ping – ponga. Oprócz piłkarzyków, był tam jeszcze bilard ale rozwalony.
Pamiętam, kiedy poznałem Darka Żaka. Brakowało chłopakom, do składu w „kosza” a akurat ja byłem w Ogródku Jordanowskim. Coś tam pograłem, po godzinie ludzie się rozeszli, siedziałem na ławce i usłyszałem:
- Ej Koszykarz podejdź do nas. Dwóch braci. Jeden poszedł do domu a Darek pogadał ze mną, jak równy z równym. Tak się poznaliśmy. Z Piotrkiem Niewójtem grywaliśmy w piłkę i tenisa. Imponowało mi, że starszy ode mnie kolega bez żadnych oporów, pożyczał mi swoją zółtą kolarzówkę. Mogłem jeździć do woli. Dumny byłem, bo to nie to samo co na Wigry 4.
Na Unię też chodziliśmy, do pana Jana Krauza. Po kopaniu piłki, obowiązkowo wracaliśmy obok bramy zakładowej. Tam była rozlewania oranżady. Na zapleczu od jednej z pań dostawaliśmy za free coca – cole na orzeźwienie… Tak sobie myślę, ludzie jakoś życzliwsi byli niż obecnie.
Cdn.









